Właśnie zżarłam pół arbuza... Co ja najlepszego zrobiłam? No ale była taka przecena w Tesco (1,23 zł za kg)... Ale mi będzie niedobrze już to czuję. Nigdy więcej.
Dobre sobie, przecież jak tylko będę miała okazję, to zrobię tak jeszcze raz...
Dopiero wzięłam się za słuchanie piosenek z tegorocznej Eurowizji. Na dobrą sprawę nawet nie wiedziałam, kto wygrał. Jak dla mnie, Belgia, Cypr, Macedonia i Słowenia miały ciekawych przedstawicieli. Ku mojemu zdziwieniu, całkiem dobra wydała mi się piosenka reprezentująca Mołdawię... Ale to Boggie z Węgier rozłożyła mnie na łopatki...Jeśli już mówimy o tym "konkursie", to zeszłoroczne propozycje wydają mi się mimo wszystko trochę lepsze. Z tamtych wpadła mi w ucho większość. No, ale to w końcu subiektywna opinia.
Także tego... We wtorek miałam urodziny. Siedemnaste konkretnie. I dostałam mnóstwo pachnących rzeczy. Na przykład świeczki o zapachu mango, jedną żurawinową i brzoskwiniowe masło do ciała (aż chyba zacznę się codziennie kremikować, jak na babę przystało). Jak ja kocham wszystko, co ładnie pachnie. Mama mówi, że jestem maniaczką świeczek zapachowych. Czy to coś złego? Zresztą, nie mam ich jeszcze aż tak dużo, bez przesadyzmu.
Arbuz chyba planuje wyruszyć w drogę powrotną przez mój przełyk... Muszę lecieć po jakieś tabletki. Ale to było tego warte, mówię Wam, było. Zawsze chciałam móc samej zeżreć tyle arbuza i nie musieć się nim z nikim dzielić.
Do usłyszenia, przeczytania, czy czegoś tam :)
Scary
Ale za to opiszę tutaj. Tu przynajmniej obowiązuje częściowa anonimowość :)
Translate
piątek, 26 czerwca 2015
sobota, 30 maja 2015
Uroczyście przysięgam... Ale na nic nie daję gwarancji
Ale na nic nie daję gwarancji, żeby nie było. W dotrzymywaniu słowa nie jestem najlepsza, chociaż bardzo się staram. Chociaż może lepiej o tym nie mówić...
Nie zmuszaj mnie do pisania postów, proszę, bo będę pisała jakieś głupoty. Wiesz, jakie to potem męczące, jak widzę jak tępo pisałam?
Nawet nie mam pomysłu co napisać... Czyżby deja vu? Ale przecież to już było... Ehh... I jeszcze ta mnogość wielokropków... Porażka na całej linii... Zginiesz śmiercią pozorowaną na naturalną, zobaczysz...
Nie no, na serio całkowicie nie mam inspiracji. To będzie taki notkowy koszmarek, za którego będzie mi okropnie wstyd potem. Ale mi będą wnuki wypominać... Na skarpety sąsiada, toż to się będzie za mną ciągnęło aż do trumny. Aż Ci chyba, panie psychologu jeszcze raz pogrożę, bo się zmierziłam do pisania... Odpłacę się za to sowicie w swoim czasie.
No kurczę z rożna, nie mam weny. Nie mam i koniec. Jak mam wykrzesać z siebie coś sensownego, jak brak mi chęci i motywacji. To, że narzekasz, że nie piszę, wcale nie pomaga, wierz mi. Zaraz zacznę z tego wszystkiego walić łbem pełnym szatkowanej kapusty o to moje pozdzierane biurko z marketu. Oooo... To jest myśl. Nabiję sobie guza. Pobawię się w masochistkę. Trzeba przecież zbierać doświadczenie życiowe w różnych kategoriach, prawda?
Padam na ten swój paskudny ryj, bo jak tak czytam to "cudo" od początku, to się coraz bardziej załamuję. Każdy ma w życiu okresy wzlotów i upadków, a ja aktualnie siedzę w jakiejś wyjątkowo głębokiej przepaści i zbieram pióra do skrzydeł. Tylko czym je posklejać? Na ślinę się chyba nie uda... Może woskowina z uszu...?
Dobranoc, proszę Państwa.
A pewnemu panu najgorszego możliwego koszmaru!
Scary
Nie zmuszaj mnie do pisania postów, proszę, bo będę pisała jakieś głupoty. Wiesz, jakie to potem męczące, jak widzę jak tępo pisałam?
Nawet nie mam pomysłu co napisać... Czyżby deja vu? Ale przecież to już było... Ehh... I jeszcze ta mnogość wielokropków... Porażka na całej linii... Zginiesz śmiercią pozorowaną na naturalną, zobaczysz...
Nie no, na serio całkowicie nie mam inspiracji. To będzie taki notkowy koszmarek, za którego będzie mi okropnie wstyd potem. Ale mi będą wnuki wypominać... Na skarpety sąsiada, toż to się będzie za mną ciągnęło aż do trumny. Aż Ci chyba, panie psychologu jeszcze raz pogrożę, bo się zmierziłam do pisania... Odpłacę się za to sowicie w swoim czasie.
No kurczę z rożna, nie mam weny. Nie mam i koniec. Jak mam wykrzesać z siebie coś sensownego, jak brak mi chęci i motywacji. To, że narzekasz, że nie piszę, wcale nie pomaga, wierz mi. Zaraz zacznę z tego wszystkiego walić łbem pełnym szatkowanej kapusty o to moje pozdzierane biurko z marketu. Oooo... To jest myśl. Nabiję sobie guza. Pobawię się w masochistkę. Trzeba przecież zbierać doświadczenie życiowe w różnych kategoriach, prawda?
Padam na ten swój paskudny ryj, bo jak tak czytam to "cudo" od początku, to się coraz bardziej załamuję. Każdy ma w życiu okresy wzlotów i upadków, a ja aktualnie siedzę w jakiejś wyjątkowo głębokiej przepaści i zbieram pióra do skrzydeł. Tylko czym je posklejać? Na ślinę się chyba nie uda... Może woskowina z uszu...?
Dobranoc, proszę Państwa.
A pewnemu panu najgorszego możliwego koszmaru!
Scary
wtorek, 21 kwietnia 2015
Nic śmiesznego
Ani ciekawego. Ani w ogóle nic się nie dzieje. Nie lubię takiej nijakości. Po prostu... Nie. Coś trzeba z tym zrobić, mili Państwo. Coś trzeba z tym zrobić... I już ja się postaram wykombinować cokolwiek bardziej ekscytującego. Ale to od jutra.
Chustka do nosa. Niby nic, a jednak... Jeśli ktoś nie chce używać chusteczek higienicznych, istnieją chustki do nosa, nawet mam gdzieś takie w domu. Ale na litość Boską, apaszki nie służą do wydmuchiwania w nie kinola! Skąd to zbulwersowanie? Był sobie ostatnio pan. Wysoki, młody pan o całkiem przyjemnej aparycji. I ten pan grał na gitarze elektrycznej niedaleko wejścia do tzw. galerii. Pominę milczeniem fakt, że było zimno i wiało i w ogóle nieprzyjemnie, a ów pan był bez kurtki. Grał nieźle, miał interesujący repertuar, ciekawie to się prezentowało. Tylko, że ten pan do wycierania nosa używał takiej dużej czerwonej chustki w kratkę. I niefortunnie się złożyło, że identyczną miałam na szyi. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Zraziłam się do pana po całości. Sytuacji nie ratował nawet jego przepiękny sweter w żółto-zieloną kratkę z czerwonymi rękawami. Może brzmię jak człowiek niespełna rozumu, ale ta chustka była moją ulubioną do tamtego momentu. A teraz kojarzy mi się tylko z tym panem...
Ale, jako że pójście do "galerii" zawsze wiąże się z odwiedzeniem Empiku, zdarzyło się coś, co poprawiło mi trochę humor. Ja sobie grzecznie, nikomu nie wadząc, szukam odpowiednio małych podobrazi, a Natalia (wcześniej nie wspomniana, towarzysząca mi koleżanka) informuje mnie znienacka, że ten pan wynosi kota ze sklepu. Chwila moment, co? Jak to kota? Ale że pluszowego? A tu nie... A tu nie. To był prawdziwy kot z krwi i kości. Rudy, w ciapki, dobrze odchowany i czysty, więc zapewne "czyiś". I pan go wyniósł. Skąd zwierzak wziął się w sklepie? Nie wiadomo. Kocurek tak się przywiązał do pracowników Empiku, że chwilę po wyniesieniu, wrócił, łasząc się wszystkim ludziom do nóg. To było rozczulające wręcz. Co prawda, mógł mieć wściekliznę, czy coś. Ale no błagam... Nawet pan, który go co chwilę wywalał zaczął się do niego przywiązywać. Trochę to zmieniło moje nastawienie do reszty tego dnia. No ale chustka do nosa wielkości mojej apaszki? No nieee...
I to tyle na dzisiaj. I najprawdopodobniej na najbliższy miesiąc. Zatem cieszmy się i radujmy dniem dzisiejszym :)
Do zobaczenia,
Scary
Chustka do nosa. Niby nic, a jednak... Jeśli ktoś nie chce używać chusteczek higienicznych, istnieją chustki do nosa, nawet mam gdzieś takie w domu. Ale na litość Boską, apaszki nie służą do wydmuchiwania w nie kinola! Skąd to zbulwersowanie? Był sobie ostatnio pan. Wysoki, młody pan o całkiem przyjemnej aparycji. I ten pan grał na gitarze elektrycznej niedaleko wejścia do tzw. galerii. Pominę milczeniem fakt, że było zimno i wiało i w ogóle nieprzyjemnie, a ów pan był bez kurtki. Grał nieźle, miał interesujący repertuar, ciekawie to się prezentowało. Tylko, że ten pan do wycierania nosa używał takiej dużej czerwonej chustki w kratkę. I niefortunnie się złożyło, że identyczną miałam na szyi. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Zraziłam się do pana po całości. Sytuacji nie ratował nawet jego przepiękny sweter w żółto-zieloną kratkę z czerwonymi rękawami. Może brzmię jak człowiek niespełna rozumu, ale ta chustka była moją ulubioną do tamtego momentu. A teraz kojarzy mi się tylko z tym panem...
Ale, jako że pójście do "galerii" zawsze wiąże się z odwiedzeniem Empiku, zdarzyło się coś, co poprawiło mi trochę humor. Ja sobie grzecznie, nikomu nie wadząc, szukam odpowiednio małych podobrazi, a Natalia (wcześniej nie wspomniana, towarzysząca mi koleżanka) informuje mnie znienacka, że ten pan wynosi kota ze sklepu. Chwila moment, co? Jak to kota? Ale że pluszowego? A tu nie... A tu nie. To był prawdziwy kot z krwi i kości. Rudy, w ciapki, dobrze odchowany i czysty, więc zapewne "czyiś". I pan go wyniósł. Skąd zwierzak wziął się w sklepie? Nie wiadomo. Kocurek tak się przywiązał do pracowników Empiku, że chwilę po wyniesieniu, wrócił, łasząc się wszystkim ludziom do nóg. To było rozczulające wręcz. Co prawda, mógł mieć wściekliznę, czy coś. Ale no błagam... Nawet pan, który go co chwilę wywalał zaczął się do niego przywiązywać. Trochę to zmieniło moje nastawienie do reszty tego dnia. No ale chustka do nosa wielkości mojej apaszki? No nieee...
I to tyle na dzisiaj. I najprawdopodobniej na najbliższy miesiąc. Zatem cieszmy się i radujmy dniem dzisiejszym :)
Do zobaczenia,
Scary
wtorek, 24 marca 2015
Rany Julian, ja to rozumiem!
Michasia miała pisać. Otworzyła ładnie nową kartę w przeglądarce, wpisała adres, otworzyła tworzenie nowego posta, wymyśliła tytuł, załączyła playlistę... I nagle coś się urwało. Tak jakoś milion rzeczy do zrobienia pojawiło się na horyzoncie. A to przypomniała mi się piosenka z radia i koniecznie musiałam jej poszukać. A to uznałam, że niewygodnie mi się siedzi i pół godziny się gimnastykowałam z różnymi pozycjami, aż koniec końców znalazłam się w punkcie wyjścia. A to brat przyszedł z zadaniem z polskiego. A to herbata mi się skończyła, więc trzeba iść po nową. A to stanik mnie uwiera, metka od dżinsów w sumie też, więc trzeba wdziać strój wybitnie niewyjściowy (czyt. dziurawą koszulkę i dresy). A to zaczęły mnie denerwować puste ściany i postanowiłam coś z nimi zrobić. Milion pięćset sto dziewięćset rzeczy do roboty, jak nigdy. Ale w końcu wyczerpały mi się pomysły na odkładanie szrajbowania w nieskończoność i oto jestem!
Ciekawostka miesiąca: ZAKOCHAŁAM SIĘ! Oczywiście, że w bohaterze książkowym. I to w zasadzie nie pierwszy raz. Ale ostatnio znowu czytałam "Studium w szkarłacie". To chyba jasne, że chodzi o Watsona *-* Nie będę się nad tym rozwodzić. Po prostu musiałam to gdzieś wyznać.
Kolejna informacja: ZROZUMIAŁAM CIĄGI! Jeny, jaki ja dziki taniec odstawiałam, gdy udało mi się zrobić bezbłędnie zadania z powtórzenia działu. Może jednak ta piątkowa klasówka nie pójdzie mi tak źle?
A teraz złe wieści, moja ukochana, najulubieńsza na świecie i najpiękniejsza świeczuszka zapachowa się kończy. Będę płakać. Muszę poszukać takiej samej, bo się od niej uzależniłam. Specjalnie oszczędzałam ją jak mogłam. Zamiast zapalać, po prostu przysuwałam ją blisko nosa i wdychałam ten przewspaniały zapach. Na początku, gdy ją dostałam, sądziłam, że to nie może ładnie pachnieć. Czarna śliwka? I jeszcze ten hibiskus... Wydawało się niemożliwością, żeby ktoś nienawidzący słodkich zapachów polubił takie połączenie. A jednak cuda się zdarzają.
Uff... Zmęczyłam się, szczerze mówiąc. Takie cosie są bardzo wyczerpujące. Zatem ja się już żegnam. Słowo harcerza (którym nigdy nie byłam), że jak wrócę, to będę.
Sayonara,
Scary
PS. Zrobiłam sobie kolczyk w wardze. Ale to tylko tak informuję, żeby potem nie było ;)
Ciekawostka miesiąca: ZAKOCHAŁAM SIĘ! Oczywiście, że w bohaterze książkowym. I to w zasadzie nie pierwszy raz. Ale ostatnio znowu czytałam "Studium w szkarłacie". To chyba jasne, że chodzi o Watsona *-* Nie będę się nad tym rozwodzić. Po prostu musiałam to gdzieś wyznać.
Kolejna informacja: ZROZUMIAŁAM CIĄGI! Jeny, jaki ja dziki taniec odstawiałam, gdy udało mi się zrobić bezbłędnie zadania z powtórzenia działu. Może jednak ta piątkowa klasówka nie pójdzie mi tak źle?
A teraz złe wieści, moja ukochana, najulubieńsza na świecie i najpiękniejsza świeczuszka zapachowa się kończy. Będę płakać. Muszę poszukać takiej samej, bo się od niej uzależniłam. Specjalnie oszczędzałam ją jak mogłam. Zamiast zapalać, po prostu przysuwałam ją blisko nosa i wdychałam ten przewspaniały zapach. Na początku, gdy ją dostałam, sądziłam, że to nie może ładnie pachnieć. Czarna śliwka? I jeszcze ten hibiskus... Wydawało się niemożliwością, żeby ktoś nienawidzący słodkich zapachów polubił takie połączenie. A jednak cuda się zdarzają.
Uff... Zmęczyłam się, szczerze mówiąc. Takie cosie są bardzo wyczerpujące. Zatem ja się już żegnam. Słowo harcerza (którym nigdy nie byłam), że jak wrócę, to będę.
Sayonara,
Scary
PS. Zrobiłam sobie kolczyk w wardze. Ale to tylko tak informuję, żeby potem nie było ;)
niedziela, 15 lutego 2015
Mamo, ale ja chcę tę koszulę!
Wczoraj minęły dwa lata od opublikowania pierwszej notki. Ostatni rok praktycznie olałam. I tak sądziłam, że ten twór umrze śmiercią naturalną. Zapomnę o jego istnieniu, usunę go, wyczyszczę, oddam... Cokolwiek. A to nadal dycha. Ledwo, ale dycha. Skoro już dycha, to czemu by się nie zastanowić, po co go reanimować? Lubię tu pisać. To irracjonalne. Po co umieszczać takie rzeczy w internecie? Nadal nie wiem. Zatem inaczej, lubię tu pisać, wiedząc, że ktoś przeczyta, zainteresuje go tu coś, oceni styl pisania, uśmieje się, itd. W realnym życiu nie jestem otwarta. W internecie jest mi dużo prościej. Można zachować anonimowość. Nie potrzebny jest bezpośredni kontakt do porozumienia się. Szczerze? Nawet gadania przez telefon nie lubię. Onieśmiela mnie to dalece bardziej niż normalna rozmowa. I co mi kto zrobi?
Dużo pytań. Po części retorycznych.
Wczoraj (właściwie dzisiaj) dyskutowałam z przyjacielem... W sumie, nadal nie wiem jak mam cię nazywać. W każdym razie chodziło o gry komputerowe vs książki, czyli co bardziej rozwija wyobraźnię. Wyszły moje braki w doinformowaniu (nie mam zbyt dużego pojęcia o grach), ale H. zauważył ciekawą rzecz. Nie przytoczę dosłownie, ale sens był taki, że książki nie rozwijają wyobraźni, bo poniekąd mamy podane wszystko, co należy sobie zwizualizować i po pewnym czasie można robić to mechanicznie. Wtedy zastanowiłam się nad tym, jak to wygląda u mnie. Trochę czytam, to fakt, ale w jaki sposób? Okazało się, że po przeczytaniu czegoś, często zdarza mi się wracać myślami do wykreowanego przez autora świata i tworzę w nim własne scenariusze zdarzeń. Nie piszę nic na tej podstawie, bo nie uważam, żeby była taka potrzeba. Ale to moim zdaniem rozwija wyobraźnię. Jeżeli jestem w błędzie, proszę mnie poprawić, w końcu nie jestem w tej dziedzinie ekspertką. Czasem objawia się mój iście ośli upór, ale warto poznać jakąś inną opinię na ten temat.
Muszę oddać komuś tę świeczkę. Pomarańczowa. Z marketu. Szajs. Paskudztwo. Chce ktoś?
A, no i ta koszula. Tatusiowi się trochę zgrubło po rzuceniu papierosów i matula chciała wywalić na strych taką śliczną czarną koszulę, bo się tatuś już w niej nie dopina. No i ja ją wyciągnęłam z worka. I skitrałam w szafce. I mamusia każe mi ją oddać. Ale ja ją kocham... Jest przepiękniasta. I planuję zakładać ją do szkoły, kiedy mama ma popołudniową zmianę w pracy, bo wtedy nie widzi mnie ani rano (tsaa... jedyny plus wstawania o 5:58 do szkoły), ani popołudniu, bo jest w pracy. A jak wraca, to ja już siedzę w dziurawej męskiej koszulce z Supermanem (której też nienawidzi, ale poszła na ugodę za kupno letniej sukienki w kwiatki) i nie ma znaku. Jak bardzo jestem zła?
Pozdrówki,
słuchająca Justina Timberlake'a sprzed 13 lat (raaaaany... zeszłam na psy...) Scary
Dużo pytań. Po części retorycznych.
Wczoraj (właściwie dzisiaj) dyskutowałam z przyjacielem... W sumie, nadal nie wiem jak mam cię nazywać. W każdym razie chodziło o gry komputerowe vs książki, czyli co bardziej rozwija wyobraźnię. Wyszły moje braki w doinformowaniu (nie mam zbyt dużego pojęcia o grach), ale H. zauważył ciekawą rzecz. Nie przytoczę dosłownie, ale sens był taki, że książki nie rozwijają wyobraźni, bo poniekąd mamy podane wszystko, co należy sobie zwizualizować i po pewnym czasie można robić to mechanicznie. Wtedy zastanowiłam się nad tym, jak to wygląda u mnie. Trochę czytam, to fakt, ale w jaki sposób? Okazało się, że po przeczytaniu czegoś, często zdarza mi się wracać myślami do wykreowanego przez autora świata i tworzę w nim własne scenariusze zdarzeń. Nie piszę nic na tej podstawie, bo nie uważam, żeby była taka potrzeba. Ale to moim zdaniem rozwija wyobraźnię. Jeżeli jestem w błędzie, proszę mnie poprawić, w końcu nie jestem w tej dziedzinie ekspertką. Czasem objawia się mój iście ośli upór, ale warto poznać jakąś inną opinię na ten temat.
Muszę oddać komuś tę świeczkę. Pomarańczowa. Z marketu. Szajs. Paskudztwo. Chce ktoś?
A, no i ta koszula. Tatusiowi się trochę zgrubło po rzuceniu papierosów i matula chciała wywalić na strych taką śliczną czarną koszulę, bo się tatuś już w niej nie dopina. No i ja ją wyciągnęłam z worka. I skitrałam w szafce. I mamusia każe mi ją oddać. Ale ja ją kocham... Jest przepiękniasta. I planuję zakładać ją do szkoły, kiedy mama ma popołudniową zmianę w pracy, bo wtedy nie widzi mnie ani rano (tsaa... jedyny plus wstawania o 5:58 do szkoły), ani popołudniu, bo jest w pracy. A jak wraca, to ja już siedzę w dziurawej męskiej koszulce z Supermanem (której też nienawidzi, ale poszła na ugodę za kupno letniej sukienki w kwiatki) i nie ma znaku. Jak bardzo jestem zła?
Pozdrówki,
słuchająca Justina Timberlake'a sprzed 13 lat (raaaaany... zeszłam na psy...) Scary
środa, 28 stycznia 2015
Archiwum
Wiecie ile mam nieopublikowanych notatek? Blisko 30. Najpierw nawypisuję cudacznych tworów, potem mi się odechce, zapiszę w kopiach roboczych, a jak po paru dniach to przeczytam, to załamuję się swoim stanem psychicznym. Tych dziwnych rzeczy nigdy nikomu nie pokażę, bo to pokazuje moją inteligencję w bardzo złym świetle.
Lubię musztardę chrzanową. Ciekawe czy ktoś zauważy to zdanie.
Od jakiegoś czasu mam swoją pasję (spanie i czytanie się nie zaliczają), a mianowicie origami modułowe. Nie wymaga zbytnio rozwiniętych zdolności manualnych, a moduły po jakimś czasie robi się już machinalnie, przy oglądaniu filmu czy serialu. Mam fotografię węża, którego zrobiłam. Trochę pomyliłam schemat, więc potrzebował podstawki, ale moim skromnym zdaniem, prezentuje się całkiem nieźle. Ta dam!
Lubię musztardę chrzanową. Ciekawe czy ktoś zauważy to zdanie.
Od jakiegoś czasu mam swoją pasję (spanie i czytanie się nie zaliczają), a mianowicie origami modułowe. Nie wymaga zbytnio rozwiniętych zdolności manualnych, a moduły po jakimś czasie robi się już machinalnie, przy oglądaniu filmu czy serialu. Mam fotografię węża, którego zrobiłam. Trochę pomyliłam schemat, więc potrzebował podstawki, ale moim skromnym zdaniem, prezentuje się całkiem nieźle. Ta dam!
I to by było w dzisiejszym programie na tyle. Na więcej pisaniny nie mam chęci. Porozpisuję się następnym razem. W końcu od poniedziałku będziem feriować z rozmachem.
Pozdrowienia pachnące hibiskusem i czarną śliwką,
Scary
wtorek, 4 listopada 2014
Kisiel malinowy, kubek w choinki, świeczka zapachowa i co z tego wynikło?
A to, że przypomniałam sobie o istnieniu tego czegoś. Jak jadłam przed chwilą kisiel malinowy ze wspomnianego w tytule kubeczka w choinki, zgasła mi świeczka o zapachu owoców leśnych. I kiedy prawie podpaliłam sobie bandaż na ręku i wywaliłam przy tym zawartość kubeczka na spodnie, przypomniało mi się, że bardzo dawno tu nie zaglądałam. Więc jestem. Ave, o ile ktoś mnie tu jeszcze pamięta.
Zmieniłam trzy razy kolor włosów, zrobiłam remont, rewolucję żywieniową, obróciłam o 180° swoje podejście do życia. I tyle w telegraficznym skrócie się wydarzyło. Ta dam!
Kurczę, wyszłam z wprawy. Nie mam pojęcia co napisać. Wczoraj podczas nauki polskiego zasnęłam przy biurku. I przebudziłam się jakoś koło trzeciej nad ranem. Nie powiem, żeby to była najwygodniejsza pozycja do spania, ale nie ma tego złego. Nie nauczyłam się, a sprawdzianu nie było. Dobra, dla mnie to była cudowna wiadomość, dla tych którzy się nauczyli, to mogła być tragedia porównywalna z upuszczeniem kanapki z masłem orzechowym na podłogę posmarowaną stroną do dołu. Ale cóż, życie nigdy nie jest sprawiedliwe. A skoro nie jest to jest. Ale jak jest, to nie jest. I sama się już zgubiłam i nie wiem o co chodziło.
Taaaaak.... Jakiś czas temu uczestniczyłam w wydarzeniu klasowym, nazywanym "połowinkami". To takie cudo w dowolnej formie, odbywające się pi razy oko w połowie nauki w liceum. I nawet przy mojej aspołeczności i ogólnej niechęci do takich rzeczy bawiłam się nieźle. Klasa okazała się mieć trochę klasy i dała radę mnie do siebie prawie w całości przekonać. Jeśli studniówka wypadnie podobnie, nie mam się czego obawiać. Chociaż nie, wróć, nadal mam. Ale ten temat powróci w trzeciej klasie liceum.
A właśnie, bo w ostatniej notce byłam pierwszoklasistką. We wrześniu rozpoczęłam drugi rok nauki w szkole ponadgimnazjalnej. Oceny trochę spadły, ale sądzę że zdam raczej bez problemów.
Jak na mój come back wystarczy. Przepraszam za ewentualną "suchość", nieuporządkowanie, powtórzenia, niespójność, brak inteligencji. W końcu muszę się na nowo wprawić. Poza tym zabandażowane dwa palce lewej ręki skutecznie utrudniają pisanie na klawiaturze, bo ciągle wciskam przypadkowe literki. O, za to też przepraszam, bo wrodzony leń nie pozwala mi tego sprawdzić.
Zmieniłam trzy razy kolor włosów, zrobiłam remont, rewolucję żywieniową, obróciłam o 180° swoje podejście do życia. I tyle w telegraficznym skrócie się wydarzyło. Ta dam!
Kurczę, wyszłam z wprawy. Nie mam pojęcia co napisać. Wczoraj podczas nauki polskiego zasnęłam przy biurku. I przebudziłam się jakoś koło trzeciej nad ranem. Nie powiem, żeby to była najwygodniejsza pozycja do spania, ale nie ma tego złego. Nie nauczyłam się, a sprawdzianu nie było. Dobra, dla mnie to była cudowna wiadomość, dla tych którzy się nauczyli, to mogła być tragedia porównywalna z upuszczeniem kanapki z masłem orzechowym na podłogę posmarowaną stroną do dołu. Ale cóż, życie nigdy nie jest sprawiedliwe. A skoro nie jest to jest. Ale jak jest, to nie jest. I sama się już zgubiłam i nie wiem o co chodziło.
Taaaaak.... Jakiś czas temu uczestniczyłam w wydarzeniu klasowym, nazywanym "połowinkami". To takie cudo w dowolnej formie, odbywające się pi razy oko w połowie nauki w liceum. I nawet przy mojej aspołeczności i ogólnej niechęci do takich rzeczy bawiłam się nieźle. Klasa okazała się mieć trochę klasy i dała radę mnie do siebie prawie w całości przekonać. Jeśli studniówka wypadnie podobnie, nie mam się czego obawiać. Chociaż nie, wróć, nadal mam. Ale ten temat powróci w trzeciej klasie liceum.
A właśnie, bo w ostatniej notce byłam pierwszoklasistką. We wrześniu rozpoczęłam drugi rok nauki w szkole ponadgimnazjalnej. Oceny trochę spadły, ale sądzę że zdam raczej bez problemów.
Jak na mój come back wystarczy. Przepraszam za ewentualną "suchość", nieuporządkowanie, powtórzenia, niespójność, brak inteligencji. W końcu muszę się na nowo wprawić. Poza tym zabandażowane dwa palce lewej ręki skutecznie utrudniają pisanie na klawiaturze, bo ciągle wciskam przypadkowe literki. O, za to też przepraszam, bo wrodzony leń nie pozwala mi tego sprawdzić.
Cześć i czołem!
Subskrybuj:
Posty (Atom)