Translate

piątek, 22 listopada 2013

"Opowiastka, czyli jak spierniczyć swoje własne wyobrażenia" część I

Czas od ostatniej notki upłynął mi na nauce. Trzeba się zacząć w końcu uczyć, bo koniec półrocza zbliża się wielkimi krokami, a mama powiedziała, że ukręci mi głowę, jak nie będę wzorowa, przynajmniej na koniec roku. Przykre. Ale wiem, że to dla mojego dobra. Od tego będą zależeć moje studia. Boję się.
Ale nie o tym miało być. Moja chora wyobraźnia ostatnio kazała mi coś naszrajbować i nie wiem czy to jest warte kontynuacji czy lepiej o tym zapomnieć. Zapraszam zatem na ten tekst bez żadnego (przynajmniej na razie) tytułu.

- Janice, nie opóźniaj! Przez Ciebie spóźnimy się na tą kolację! - wrzasnęła pani Randy.
- Ale ja wcale nie opóźniam. Przecież wale nie chcę tam jechać. Zresztą, nie mam nawet co spakować.
- Ładnemu we wszystkim ładnie. A nie, wróć, ty nie jesteś ładna. -drwił z Janice Malcolm, jej młodszy piętnastoletni brat.
- Odczep się, kretynie! Ty sam nie wyglądasz lepiej!
- Ja przynajmniej nie muszę nakładać kilo tapety, żeby dało się na mnie patrzeć!
- Dzieciaki, przestańcie. Janice, masz 10 minut, żeby się wyszykować. Inaczej pojedziemy bez Ciebie. - zakończyła sprzeczkę mama.
Dziewczyna wcale nie chciała jechać. Nie podobał jej się ten pomysł od samego początku. Uważała, że ciotka Maggie jest szalona i wizyta u niej nie skończy się dobrze. Ale kto by tam słuchał aspołecznej siedemnastolatki?
- Czy ja naprawdę muszę brać udział w tym cyrku?
- Tak. I już ty dobrze wiesz dlaczego. -odwarknęła mama.
Problem był w tym, że nie miała najmniejszego nawet pojęcia o powodzie ich wyprawy. Nie miała jednak czasu dłużej się nad tym zastanawiać, bo cała rodzina zaczęła już pakować się do auta. Jeśli nie chciała jechać z najgorszym kierowcą pod słońcem, musiała się sprężyć. W biegu złapała walizkę i wyskoczyła przed dom. Gdy dotarła na podjazd, zmartwiała. Okazało się, że w samochodzie są już rodzice, Malcolm i dziadkowie.
- Houston, chyba jednak mamy problem. - wyszeptała. Jej duże zielone oczy zaszły mgłą. W aucie nie było już dla niej miejsca. A to oznaczało, że będzie musiała jechać z wujkiem Georgem.
Wujek George. Wysoki, barczysty, postawny mężczyzna w wieku czterdziestu lat, kawaler. "Szczęśliwy" posiadacz długich czarnych włosów zaplecionych w warkocz i sięgającej piersi brody. Miał on też dziwne hobby. A mianowicie króliki. Ten straszny z wyglądu mężczyzna potrafił się rozpłakać się na widok małego króliczka. Jednak kompletnie nie potrafił jeździć samochodem i Janice nie raz zastanawiała się, kto wydał wujkowi prawo jady. Ona nie pozwoliłaby mu nawet rowerem jeździć, a co dopiero pojazdem z napędem silnikowym, którego prędkość przekracza 3 km/h. Ale teraz nie miała wyboru. George pomachał do niej wesoło, pokazując w uśmiechu psychopaty wszystkie białe, błyszczące i bardzo ostre zęby. Dziewczyna z ociąganiem ruszyła w kierunku auta. Wiedziała, ze nie ma się czego obawiać i wujek jej nic nie zrobi, ale nie potrafiła pozbyć się tego dziwnego uczucia, towarzyszącego jej zawsze w jego obecności. Szybko wrzuciła do bagażnika walizkę i wsiadła do samochodu. Od razu owionął ją zapach lawendy. Tak, to tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że wujek George jest naprawdę bardzo dziwnym człowiekiem. Miała też świadomość tego, że osoba, u której spędzą najbliższe dwa tygodnie, jest ,na swój dziwny sposób, bardziej przerażająca od wszystkich uśmiechów wuja razem wziętych,
- Coś ty taka niemrawa, Jan? Szykuje się niezła zabawa. Scarlett mówiła mi, że Maggie też hoduje króliki. - rozmarzył się George.
- Mama opowiadała Ci o ciotce? - spytała z niedowierzaniem Janice.
- A żeby to raz. Maggie wydaje się być bardzo interesującą osobą i, znając Ciebie, zachcesz ją bardzo dobrze poznać.
- Zabawne, bo zawsze, kiedy próbowałam wyciągnąć coś na ten temat od mamy, to zbywała mnie, mówiąc że jej nie zna i nic o niej nie wie. - dziewczyna umyślnie udała, że nie dosłyszała drugiej części wypowiedzi wuja.
- Eee... Ja tam nie wiem. Może miała jakiś powód? No, chyba ruszamy, bo nie widzę już samochodu Jeffa na podjeździe.
George przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zaryczał głośno i odpalił. Zadowolony z działania pojazdu mężczyzna włączył płytę Bee Gees i powoli wyjechał na ulicę. Natomiast Janice, kompletnie ignorując muzykę, usiłowała przezwyciężyć ogarniającą ją senność i wyciągnęła z torby książkę. Otworzyła ją na oślep, nie patrząc nawet na tytuł czy stronę i udawała skupienie nad jej treścią. W rzeczywistości gapiła się tylko na litery, które po pewnym czasie zaczęły się rozmywać się coraz bardziej, aż w końcu nie była już w stanie rozróżnić poszczególnych znaków. Mężczyzna zaś, widząc pozorne zainteresowanie tekstem dziewczyny, nie chciał jej przeszkadzać i nie próbował rozpoczynać rozmowy.
Janice sama już nie wiedziała, co się z nią dzieje. Ten zapach lawendy, nucenie wujka i usypiające brzęczenie silnika... Podniosła wzrok znad bezużytecznej na chwilę obecną książki i popatrzyła na George'a. Nasunęło jej się pytanie: " Jakim cudem on i mama mogą być rodzeństwem? I to bliźniaczym?". Przyjrzała się dokładniej wujowi. "Tak, to w szpitalu musieli się pomylić." Mama jest delikatną, eteryczną blondynką niskiego wzrostu. George to wysoki, postawny brunet z długą brodą. Przypominał jej Hagrida. Kiedy go zobaczyła pewnego deszczowego wieczoru, była wręcz pewna, że to ten pół-olbrzym przyszedł jej powiedzieć, że jest czarownicą. Ale nie ma tak dobrze. Musiała męczyć się w tym, pokręconym jak projekt ustawy, domu ze swoją zwariowaną i nienormalną rodziną.
Przyjaciół nie miała, uważała zresztą, że ich nie potrzebuje. Niby chodziła ze swoją klasą już ósmy rok, ale wciąż z nikim się nie zadawała. Ba, większości imion tych ludzi nawet nie znała. Malcolm śmiał się z niej, bo przecież nikt nie chciałby się kolegować z wariatką w ekstrawaganckich ciuchach. Ona wtedy zawsze rzucała jakimś złośliwym komentarzem w stronę jego aktualnej dziewczyny i następował koniec dyskusji.
Co fakt, to fakt, ubierała się kolorowo i nietypowo, ale to był jej własny indywidualny styl i nie zamierzała go zmieniać dla tej bandy kretynów, zwanych potocznie "normalnymi ludźmi". Prowadziła też własnego bloga, który cieszył się dość dużym zainteresowaniem. Szkoda tylko, że nie widziała prawdziwych danych doceniających ją ludzi. Może znalazłby się wtedy ktoś, kto akceptowałby ją z całym ekwipunkiem: pokręconą rodziną, ekstrawaganckim ubiorem, paskudnym i trudnym charakterem oraz całą resztą. 
Ale Janice jeszcze nie wiedziała, że już niedługo stan jej samotności miał ulec znacznej zmianie o wzroście 185 cm z blond włosami, czrnymi oczami i delikatnym, nieśmiałym uśmiechem.


Iiiiiii (werble proszę)... Koniec. Tyle. Sama nie ogarniam tej fabuły i nie wiem, czy jest sens próbować. Dziękuję wszystkim, którzy dotrwają do końca tej katorgi i proszę, żeby podzielili się ze mną opinią na jej temat. Dziękuję za uwagę i dobranoc.

Zwyczajna, spokojna i niezrównoważona psychicznie
be happy! 

poniedziałek, 4 listopada 2013

Światełko w ciemności

Nie rozchodzi się w żadnym razie o "światełko w tunelu" i tym podobne rzeczy. Mam na myśli bardzo zabawną z mojego punktu widzenia historyjkę. Wczoraj w nocy (ok. 2:00) zadzwonił mi budzik (efekt wizyty kuzyna). Z lekka nieprzytomna obróciłam się w stronę biurka, na którym leżał mój telefon. Ja patrzę, a tam się coś świeci. Nie tak, jak diody na komputerze, czy coś w tym stylu, tylko takie okrągłe nie wiadomo co. Wystraszyłam się okropnie i zerwałam się z łóżka. Tym nagłym ruchem zrzuciłam na podłogę miśka, o którego potknęłam się, gdy postanowiłam zbliżyć się do źródła światła. Klnąc szpetnie na czym świat stoi zwlekłam się z podłogi i powolutku ruszyłam w stronę biurka. Ja patrzę z bliska, a to moja fluorescencyjna bransoletka. Tak się zaczęłam śmiać, że aż mama przybiegła do mego pokoju, wystraszona, że coś mi się stało. Gdy się już uspokoiłam i wróciłam na łóżko, zerknęłam na zegarek. Przez tę cholerną bransoletkę straciłam godzinę snu. Nosz w ciapkę. Ale będę miała co wspominać.
Pojawił się na moim blogu gadżet, jaki jest playlista. Dodałam na nią piosenki, przy których dobrze mi się czyta, pisze, uczy i wszystko inne (no, może prawie wszystko). Są to utwory spokojne, niektóre melancholijne, odprężające... Nie tworzą one jakiejś konkretnej kompozycji, także mogą do sibie kompletnie nie pasować.
Miałam napisać o swoich przemyśleniach z Wszystkich Świętych i Zaduszek, ale to trochę zbyt osobiste wynurzenia, by publikować je w tej studni bez dna.
Nadal zastanawiam się nad "Apokalipsą (nie)świętego nastolatka" i jakoś brak mi weny jak to rozwinąć. Może ktoś podsunie jakiś pomysł?

Zmęczona nauką, choć w niezłym humorze
be happy!

poniedziałek, 21 października 2013

Konkursidło

14 godzin jazdy w obie strony, dwie przeczytane książki, bolący kręgosłup, zastałe nogi i te sprawy. Ale warto było. Atmosfera była niesamowita. Wiersze cudne. Tylko trochę mi było głupio, bo wszystkie były takie długie, wypełnione, bez dopowiedzeń. A mój ma tylko osiem linijek, z czego cztery wersy zawierają po jednym słowie.

"Zrozumienie"
Czekałam.
Nikt nie przyszedł.
Czekałam.
Nikt nie zadzwonił.
Czekałam.
Nikt nie pomyślał.
Umarłam.
Wszyscy płakali.


Iiiii... koniec. I zastrzegam sobie, że to nijak ma się do mojej rzeczywistości. Mama się trochę wystraszyła, jak go przeczytała i nie dało jej się nic wytłumaczyć. A ja po prostu mam już tak wybujałą wyobraźnię, że potrafię wczuć się w różne sytuacje (z życia prawdziwych ludzi, przeżyć bohaterów literackich, perypetii postaci z fimów). 
Pomysł na ten wiersz przyszedł po wizycie w miejscu pracy mojej mamy. Pracuje ona jako pielęgniarka w Domu Pomocy Społecznej i opiekuje się upośledzonymi fizycznie i umysłowo ludźmi. Ale oni też mają uczucia. Rodziny podrzucają ich i często nigdy więcej nie przyjeżdżają. Nawet nie próbują się kontaktować. Pojawiają się dopiero po śmierci "wyrzutków" i udają płacz i żal, zadając jednocześnie pytanie, ile dostaną z racji tego pieniędzy. 
Nie bądźmy jednak takimi pesymistami. Przecież nie każdy tak skończy. Chyba...
A co myślicie o tytule dla wiersza: "Apokalipsa (nie)świętego nastolatka"? Wpadł mi dzisiaj do głowy. Tylko tytuł niestety, ale nie wiem, czy warto jakoś tę myśl rozwinąć, czy lepiej, żeby pomysł spalił na panewce.
Zamyślona i melancholijna
be happy!

poniedziałek, 14 października 2013

Szczęśliwa?

Oj, i to jeszcze jak. Dumna jestem sama z siebie. Od 7 do 11 października byłam na wycieczce w górach. Nałaziłam się. Nazdzierałam sobie skóry z pięt. Narobiłam sobie odcisków. Ale jestem szczęśliwa, bo było cudownie. Widoki, satysfakcja, że się gdzieś wlazło, wspaniali towarzysze... A humor przez cały wyjazd miałam szampański, bo jak tylko w poniedziałek dotarliśmy do Krakowa na postój, to dostałam telefon, że zajęłam któreś z miejsc na podium w konkursie poetyckim *-*
Cóż dużo mówić pisać. Ciężko byłoby mi streścić, co się ostatnio działo oprócz tego. Nie lubię długo pisać. Po rozdaniu nagród, które odbędzie się w tę sobotę, opublikuję go tutaj :)
Było miło, ale się skończyło. Teraz trzeba nadrobić tydzień zaległości w szkole. A ja i tak się cieszę. W końcu nie co dzień zostaje się adoptowanym dzieckiem klasy humanistycznej. Bo na wyjeździe było dziewięć dziewczyn z humana właśnie i tylko ja jedna z mat-geo, także pan Batorek zawsze się śmiał, że jesteśmy jego "dziesiąteczką".
I muszę wbić sobie do głowy, żeby nigdy nikomu obcemu nie przyznawać się do swoich lęków. Na spływie Dunajcem powiedziałam, że boję się wody, to stroili sobie ze mnie żarty. Jak się W. przyznała, że ma lęk wysokości, to jej wszyscy próbowali pomóc w przełamaniu strachu i śmiali się z niej. Ludzie są straszliwie okrutni. Ale nic ani nikt nie pobije naszych dwóch "koleżanek" i jednego "kolegi" z klas trzecich. A mianowicie chodzi mi o panny "lateksiary" i pana "słagera". One - w obcisłych portkach ze sztucznej skóry popylały i tylko narzekały, że gorąco, że wysoko, że zimno, że boli, itp. On - w spodniach z krokiem w kolanach, słagerską czapeczką i powtarzający w kółko: "To przerażające.". Nosz kurtka. I cały czas mieli do nas pretensje, bo za głośno gadamy, a ona ma kaca, bo przeszkadzamy jej w relaksie po "ostrej popijawie", bo jej jest niedobrze i będzie wymiotować. Dżizas. Planowałyśmy ich zrzucić ze skarpy, ale 12 lat za każdego, to trochę dużo.
Miało nie być długo, a jednak jest. Myślę, że teraz znowu będzie dłuższa przerwa, ale nic jeszcze nie jest pewne. Koniec końców, lubię pisać, nawet jeśli nikt tego nie czyta.
Wciąż zakatarzona, ale szczęśliwa
be happy!

wtorek, 1 października 2013

Kraina niepisaniowości

Ostatnio właśnie do takiej krainy trafiłam. Nie planowałam tak długiej przerwy, ale nie miałam weny na pisanie czegokolwiek, a nie chciałam pisać głupot i bzdur. Teraz, tak po prawdzie, też nie jest jeszcze świetnie, ale nie mogłam wytrzymać i czegoś nie naszrajbować, coby nie wyjść z formy.
Cóż, szkoła jak to szkoła - czyli kolejny odcinek z serii "nie chcem, ale muszem". Zimno w całym budynku jak diabli. Jedną jedyną plamą ciepełka na tej przeklętej rawskiej Syberii jest biblioteka, która znajduje się bezpośrednio nad kuchnią stołówkową. Dlatego spędzam w niej większość świetlic, dłuższych przerw, okienek, itp.
A zanim zapomnę, to napiszę, że szukam osoby z dobrą znajomością języka angielskiego, włoskiego lub francuskiego o dość rozwiniętej wyobraźni, bo potrzebuję kogoś, kto byłby w stanie przetłumaczyć mi na jeden z podanych wcześniej języków wiersz. W sumie, to mogłabym się zgłosić do naszej anglistki, ale to jest kobieta do bólu sztywna i podejrzewam, że przełożyłaby to dokładnie słowo po słowie, a tu trzeba z finezją...
Na dzisiaj to tyle. Poinformuję jeszcze, że wybieram się w przyszłym tygodniu na wycieczkę szkolną do Glińczarowa Górnego. Był ktoś może? Jak wrażenia?
Zziębnięta, zakatarzona i kaszelkująca
be happy!

czwartek, 29 sierpnia 2013

Pamiętnik

Nie, nie chodzi mi o film. Znalazłam swoje podstawówkowe pamiętniczki z wpisami od znajomych. Miło było poczytać te krzywo napisane wierszyki z dużą ilością błędów ortograficznych, pooglądać koślawe rysunki, pozaglądać za poprzyklejane okienka i zagięte rogi... Przyjemnie.
Niby niezbyt lubię chodzić do szkoły, ale tak na serio to nie mogę się doczekać. Dlaczego? BIBLIOTEKI! Mnóstwo książek, które tylko czekają, aż je wypożyczę i przeczytam. I to jest większość rzeczy, dla których warto chodzić do tej naszej rodzimej odmóżdżatorni zwanej potocznie LO.
Dzisiaj (teoretycznie, to wczoraj, ale dopiero dzisiaj ustaliłyśmy miejsce) otrzymałam zaproszenie na herbatkę i naleśniki. Polecam, choć adresu nie podam. Nie zrobię im tego. Jeszcze by się do nich nazjeżdżało fanatyków malin, truskawek, serka i herbatki. Ale dowiedziałam się, jak załatwia się bilety miesięczne i ile kosztują. I to by było na tyle opisu dzisiejszej wizyty. Kiedyś się odwdzięczę.
Siedzę, leżę, stoję, czytam. I tak w kółko. Ostatnie dni wakacji upływają mi pod znakiem słodkiego lenistwa i czytania setny raz tych samych książek. Przynajmniej tyle mam z życia, bo kocham te woluminy miłością wieczną.
Żegna się z Wami na dzisiaj szczęśliwie zakochana w swoich książkach,
be happy!

niedziela, 25 sierpnia 2013

Co to eye liner?

Uh... Mama i te jej pomysły. Usiłuje nauczyć mnie, jak się robi makijaż. Nie powiem, że się nigdy nie malowałam, bo bym skłamała, ale nie jestem w tej dziedzinie ekspertką (przynajmniej w praktyce, bo w teorii jestem całkiem nieźle obcykana). Nie jest źle. Dla satysfakcji rodzicielki, nauczyłam się robić kreski na powiekach owym eye linerem. Jakie były z tym przeboje. Ale się w końcu udało. Ponoć znormalniałam od tego, ale ja nie czuję różnicy.
W piątek odbyło się moje spotkanie klasowe. Poznałam fajnych i ciekawych ludzi. Myślę, że będziemy zgraną klasą.
Zauważyłam, że odkąd wypisuję te bzdury, poprawiła mi się gramatyka. Jestem z siebie dumna. Nawet bardzo. Bo jak przeczytałam swoje wypracowania z pierwszej klasy gimnazjum, to się wystraszyłam. Tylko trochę żal, że nie da się w ten sposób poprawić charakteru pisma (a mój, jest tak nawiasem mówiąc, koszmarny). Nadziejuję, że w liceum się poprawi (tsa... nadzieja matką głupich).
Znalazłam w szafie podkoszulkę z Budką Suflera. Ludu mój, jak ja ich dawno nie słuchałam. Jak włączyłam starą playlistę z ich piosenkami, to trzy godziny bez przerwy puszczałam pętlę. Tyle wspomnień...
Hmm... Co by tu jeszcze? To chyba wszystko. Kiedy się zacznie rok szkolny, to na bank będę jeszcze rzadziej pisać z braku czasu (albo częściej, w myśl zasady "cokolwiek, byleby z daleka od podręczników").
Ach, no tak. Przypomniało mi się, że znalazłam ostatnio wspaniały cytat i chyba obiorę go sobie za motto życiowe. Autorem tychże słów jest Carl Orff, a sam cytat brzmi następująco: "Bądź uroczy dla swoich wrogów - nic ich bardziej nie złości.". Cała prawda, sama prawda i tylko prawda.
Żegnam się z Państwem. Do następnej notki :)