Michasia miała pisać. Otworzyła ładnie nową kartę w przeglądarce, wpisała adres, otworzyła tworzenie nowego posta, wymyśliła tytuł, załączyła playlistę... I nagle coś się urwało. Tak jakoś milion rzeczy do zrobienia pojawiło się na horyzoncie. A to przypomniała mi się piosenka z radia i koniecznie musiałam jej poszukać. A to uznałam, że niewygodnie mi się siedzi i pół godziny się gimnastykowałam z różnymi pozycjami, aż koniec końców znalazłam się w punkcie wyjścia. A to brat przyszedł z zadaniem z polskiego. A to herbata mi się skończyła, więc trzeba iść po nową. A to stanik mnie uwiera, metka od dżinsów w sumie też, więc trzeba wdziać strój wybitnie niewyjściowy (czyt. dziurawą koszulkę i dresy). A to zaczęły mnie denerwować puste ściany i postanowiłam coś z nimi zrobić. Milion pięćset sto dziewięćset rzeczy do roboty, jak nigdy. Ale w końcu wyczerpały mi się pomysły na odkładanie szrajbowania w nieskończoność i oto jestem!
Ciekawostka miesiąca: ZAKOCHAŁAM SIĘ! Oczywiście, że w bohaterze książkowym. I to w zasadzie nie pierwszy raz. Ale ostatnio znowu czytałam "Studium w szkarłacie". To chyba jasne, że chodzi o Watsona *-* Nie będę się nad tym rozwodzić. Po prostu musiałam to gdzieś wyznać.
Kolejna informacja: ZROZUMIAŁAM CIĄGI! Jeny, jaki ja dziki taniec odstawiałam, gdy udało mi się zrobić bezbłędnie zadania z powtórzenia działu. Może jednak ta piątkowa klasówka nie pójdzie mi tak źle?
A teraz złe wieści, moja ukochana, najulubieńsza na świecie i najpiękniejsza świeczuszka zapachowa się kończy. Będę płakać. Muszę poszukać takiej samej, bo się od niej uzależniłam. Specjalnie oszczędzałam ją jak mogłam. Zamiast zapalać, po prostu przysuwałam ją blisko nosa i wdychałam ten przewspaniały zapach. Na początku, gdy ją dostałam, sądziłam, że to nie może ładnie pachnieć. Czarna śliwka? I jeszcze ten hibiskus... Wydawało się niemożliwością, żeby ktoś nienawidzący słodkich zapachów polubił takie połączenie. A jednak cuda się zdarzają.
Uff... Zmęczyłam się, szczerze mówiąc. Takie cosie są bardzo wyczerpujące. Zatem ja się już żegnam. Słowo harcerza (którym nigdy nie byłam), że jak wrócę, to będę.
Sayonara,
Scary
PS. Zrobiłam sobie kolczyk w wardze. Ale to tylko tak informuję, żeby potem nie było ;)
Ale za to opiszę tutaj. Tu przynajmniej obowiązuje częściowa anonimowość :)
Translate
wtorek, 24 marca 2015
niedziela, 15 lutego 2015
Mamo, ale ja chcę tę koszulę!
Wczoraj minęły dwa lata od opublikowania pierwszej notki. Ostatni rok praktycznie olałam. I tak sądziłam, że ten twór umrze śmiercią naturalną. Zapomnę o jego istnieniu, usunę go, wyczyszczę, oddam... Cokolwiek. A to nadal dycha. Ledwo, ale dycha. Skoro już dycha, to czemu by się nie zastanowić, po co go reanimować? Lubię tu pisać. To irracjonalne. Po co umieszczać takie rzeczy w internecie? Nadal nie wiem. Zatem inaczej, lubię tu pisać, wiedząc, że ktoś przeczyta, zainteresuje go tu coś, oceni styl pisania, uśmieje się, itd. W realnym życiu nie jestem otwarta. W internecie jest mi dużo prościej. Można zachować anonimowość. Nie potrzebny jest bezpośredni kontakt do porozumienia się. Szczerze? Nawet gadania przez telefon nie lubię. Onieśmiela mnie to dalece bardziej niż normalna rozmowa. I co mi kto zrobi?
Dużo pytań. Po części retorycznych.
Wczoraj (właściwie dzisiaj) dyskutowałam z przyjacielem... W sumie, nadal nie wiem jak mam cię nazywać. W każdym razie chodziło o gry komputerowe vs książki, czyli co bardziej rozwija wyobraźnię. Wyszły moje braki w doinformowaniu (nie mam zbyt dużego pojęcia o grach), ale H. zauważył ciekawą rzecz. Nie przytoczę dosłownie, ale sens był taki, że książki nie rozwijają wyobraźni, bo poniekąd mamy podane wszystko, co należy sobie zwizualizować i po pewnym czasie można robić to mechanicznie. Wtedy zastanowiłam się nad tym, jak to wygląda u mnie. Trochę czytam, to fakt, ale w jaki sposób? Okazało się, że po przeczytaniu czegoś, często zdarza mi się wracać myślami do wykreowanego przez autora świata i tworzę w nim własne scenariusze zdarzeń. Nie piszę nic na tej podstawie, bo nie uważam, żeby była taka potrzeba. Ale to moim zdaniem rozwija wyobraźnię. Jeżeli jestem w błędzie, proszę mnie poprawić, w końcu nie jestem w tej dziedzinie ekspertką. Czasem objawia się mój iście ośli upór, ale warto poznać jakąś inną opinię na ten temat.
Muszę oddać komuś tę świeczkę. Pomarańczowa. Z marketu. Szajs. Paskudztwo. Chce ktoś?
A, no i ta koszula. Tatusiowi się trochę zgrubło po rzuceniu papierosów i matula chciała wywalić na strych taką śliczną czarną koszulę, bo się tatuś już w niej nie dopina. No i ja ją wyciągnęłam z worka. I skitrałam w szafce. I mamusia każe mi ją oddać. Ale ja ją kocham... Jest przepiękniasta. I planuję zakładać ją do szkoły, kiedy mama ma popołudniową zmianę w pracy, bo wtedy nie widzi mnie ani rano (tsaa... jedyny plus wstawania o 5:58 do szkoły), ani popołudniu, bo jest w pracy. A jak wraca, to ja już siedzę w dziurawej męskiej koszulce z Supermanem (której też nienawidzi, ale poszła na ugodę za kupno letniej sukienki w kwiatki) i nie ma znaku. Jak bardzo jestem zła?
Pozdrówki,
słuchająca Justina Timberlake'a sprzed 13 lat (raaaaany... zeszłam na psy...) Scary
Dużo pytań. Po części retorycznych.
Wczoraj (właściwie dzisiaj) dyskutowałam z przyjacielem... W sumie, nadal nie wiem jak mam cię nazywać. W każdym razie chodziło o gry komputerowe vs książki, czyli co bardziej rozwija wyobraźnię. Wyszły moje braki w doinformowaniu (nie mam zbyt dużego pojęcia o grach), ale H. zauważył ciekawą rzecz. Nie przytoczę dosłownie, ale sens był taki, że książki nie rozwijają wyobraźni, bo poniekąd mamy podane wszystko, co należy sobie zwizualizować i po pewnym czasie można robić to mechanicznie. Wtedy zastanowiłam się nad tym, jak to wygląda u mnie. Trochę czytam, to fakt, ale w jaki sposób? Okazało się, że po przeczytaniu czegoś, często zdarza mi się wracać myślami do wykreowanego przez autora świata i tworzę w nim własne scenariusze zdarzeń. Nie piszę nic na tej podstawie, bo nie uważam, żeby była taka potrzeba. Ale to moim zdaniem rozwija wyobraźnię. Jeżeli jestem w błędzie, proszę mnie poprawić, w końcu nie jestem w tej dziedzinie ekspertką. Czasem objawia się mój iście ośli upór, ale warto poznać jakąś inną opinię na ten temat.
Muszę oddać komuś tę świeczkę. Pomarańczowa. Z marketu. Szajs. Paskudztwo. Chce ktoś?
A, no i ta koszula. Tatusiowi się trochę zgrubło po rzuceniu papierosów i matula chciała wywalić na strych taką śliczną czarną koszulę, bo się tatuś już w niej nie dopina. No i ja ją wyciągnęłam z worka. I skitrałam w szafce. I mamusia każe mi ją oddać. Ale ja ją kocham... Jest przepiękniasta. I planuję zakładać ją do szkoły, kiedy mama ma popołudniową zmianę w pracy, bo wtedy nie widzi mnie ani rano (tsaa... jedyny plus wstawania o 5:58 do szkoły), ani popołudniu, bo jest w pracy. A jak wraca, to ja już siedzę w dziurawej męskiej koszulce z Supermanem (której też nienawidzi, ale poszła na ugodę za kupno letniej sukienki w kwiatki) i nie ma znaku. Jak bardzo jestem zła?
Pozdrówki,
słuchająca Justina Timberlake'a sprzed 13 lat (raaaaany... zeszłam na psy...) Scary
środa, 28 stycznia 2015
Archiwum
Wiecie ile mam nieopublikowanych notatek? Blisko 30. Najpierw nawypisuję cudacznych tworów, potem mi się odechce, zapiszę w kopiach roboczych, a jak po paru dniach to przeczytam, to załamuję się swoim stanem psychicznym. Tych dziwnych rzeczy nigdy nikomu nie pokażę, bo to pokazuje moją inteligencję w bardzo złym świetle.
Lubię musztardę chrzanową. Ciekawe czy ktoś zauważy to zdanie.
Od jakiegoś czasu mam swoją pasję (spanie i czytanie się nie zaliczają), a mianowicie origami modułowe. Nie wymaga zbytnio rozwiniętych zdolności manualnych, a moduły po jakimś czasie robi się już machinalnie, przy oglądaniu filmu czy serialu. Mam fotografię węża, którego zrobiłam. Trochę pomyliłam schemat, więc potrzebował podstawki, ale moim skromnym zdaniem, prezentuje się całkiem nieźle. Ta dam!
Lubię musztardę chrzanową. Ciekawe czy ktoś zauważy to zdanie.
Od jakiegoś czasu mam swoją pasję (spanie i czytanie się nie zaliczają), a mianowicie origami modułowe. Nie wymaga zbytnio rozwiniętych zdolności manualnych, a moduły po jakimś czasie robi się już machinalnie, przy oglądaniu filmu czy serialu. Mam fotografię węża, którego zrobiłam. Trochę pomyliłam schemat, więc potrzebował podstawki, ale moim skromnym zdaniem, prezentuje się całkiem nieźle. Ta dam!
I to by było w dzisiejszym programie na tyle. Na więcej pisaniny nie mam chęci. Porozpisuję się następnym razem. W końcu od poniedziałku będziem feriować z rozmachem.
Pozdrowienia pachnące hibiskusem i czarną śliwką,
Scary
wtorek, 4 listopada 2014
Kisiel malinowy, kubek w choinki, świeczka zapachowa i co z tego wynikło?
A to, że przypomniałam sobie o istnieniu tego czegoś. Jak jadłam przed chwilą kisiel malinowy ze wspomnianego w tytule kubeczka w choinki, zgasła mi świeczka o zapachu owoców leśnych. I kiedy prawie podpaliłam sobie bandaż na ręku i wywaliłam przy tym zawartość kubeczka na spodnie, przypomniało mi się, że bardzo dawno tu nie zaglądałam. Więc jestem. Ave, o ile ktoś mnie tu jeszcze pamięta.
Zmieniłam trzy razy kolor włosów, zrobiłam remont, rewolucję żywieniową, obróciłam o 180° swoje podejście do życia. I tyle w telegraficznym skrócie się wydarzyło. Ta dam!
Kurczę, wyszłam z wprawy. Nie mam pojęcia co napisać. Wczoraj podczas nauki polskiego zasnęłam przy biurku. I przebudziłam się jakoś koło trzeciej nad ranem. Nie powiem, żeby to była najwygodniejsza pozycja do spania, ale nie ma tego złego. Nie nauczyłam się, a sprawdzianu nie było. Dobra, dla mnie to była cudowna wiadomość, dla tych którzy się nauczyli, to mogła być tragedia porównywalna z upuszczeniem kanapki z masłem orzechowym na podłogę posmarowaną stroną do dołu. Ale cóż, życie nigdy nie jest sprawiedliwe. A skoro nie jest to jest. Ale jak jest, to nie jest. I sama się już zgubiłam i nie wiem o co chodziło.
Taaaaak.... Jakiś czas temu uczestniczyłam w wydarzeniu klasowym, nazywanym "połowinkami". To takie cudo w dowolnej formie, odbywające się pi razy oko w połowie nauki w liceum. I nawet przy mojej aspołeczności i ogólnej niechęci do takich rzeczy bawiłam się nieźle. Klasa okazała się mieć trochę klasy i dała radę mnie do siebie prawie w całości przekonać. Jeśli studniówka wypadnie podobnie, nie mam się czego obawiać. Chociaż nie, wróć, nadal mam. Ale ten temat powróci w trzeciej klasie liceum.
A właśnie, bo w ostatniej notce byłam pierwszoklasistką. We wrześniu rozpoczęłam drugi rok nauki w szkole ponadgimnazjalnej. Oceny trochę spadły, ale sądzę że zdam raczej bez problemów.
Jak na mój come back wystarczy. Przepraszam za ewentualną "suchość", nieuporządkowanie, powtórzenia, niespójność, brak inteligencji. W końcu muszę się na nowo wprawić. Poza tym zabandażowane dwa palce lewej ręki skutecznie utrudniają pisanie na klawiaturze, bo ciągle wciskam przypadkowe literki. O, za to też przepraszam, bo wrodzony leń nie pozwala mi tego sprawdzić.
Zmieniłam trzy razy kolor włosów, zrobiłam remont, rewolucję żywieniową, obróciłam o 180° swoje podejście do życia. I tyle w telegraficznym skrócie się wydarzyło. Ta dam!
Kurczę, wyszłam z wprawy. Nie mam pojęcia co napisać. Wczoraj podczas nauki polskiego zasnęłam przy biurku. I przebudziłam się jakoś koło trzeciej nad ranem. Nie powiem, żeby to była najwygodniejsza pozycja do spania, ale nie ma tego złego. Nie nauczyłam się, a sprawdzianu nie było. Dobra, dla mnie to była cudowna wiadomość, dla tych którzy się nauczyli, to mogła być tragedia porównywalna z upuszczeniem kanapki z masłem orzechowym na podłogę posmarowaną stroną do dołu. Ale cóż, życie nigdy nie jest sprawiedliwe. A skoro nie jest to jest. Ale jak jest, to nie jest. I sama się już zgubiłam i nie wiem o co chodziło.
Taaaaak.... Jakiś czas temu uczestniczyłam w wydarzeniu klasowym, nazywanym "połowinkami". To takie cudo w dowolnej formie, odbywające się pi razy oko w połowie nauki w liceum. I nawet przy mojej aspołeczności i ogólnej niechęci do takich rzeczy bawiłam się nieźle. Klasa okazała się mieć trochę klasy i dała radę mnie do siebie prawie w całości przekonać. Jeśli studniówka wypadnie podobnie, nie mam się czego obawiać. Chociaż nie, wróć, nadal mam. Ale ten temat powróci w trzeciej klasie liceum.
A właśnie, bo w ostatniej notce byłam pierwszoklasistką. We wrześniu rozpoczęłam drugi rok nauki w szkole ponadgimnazjalnej. Oceny trochę spadły, ale sądzę że zdam raczej bez problemów.
Jak na mój come back wystarczy. Przepraszam za ewentualną "suchość", nieuporządkowanie, powtórzenia, niespójność, brak inteligencji. W końcu muszę się na nowo wprawić. Poza tym zabandażowane dwa palce lewej ręki skutecznie utrudniają pisanie na klawiaturze, bo ciągle wciskam przypadkowe literki. O, za to też przepraszam, bo wrodzony leń nie pozwala mi tego sprawdzić.
Cześć i czołem!
wtorek, 25 lutego 2014
No ludzie, znowu jej odbija?
Tak, jej znowu odbija. Ani jej się nie chce uczyć, ani czytać, ani pisać, ani nic. Chce jej się tylko spać. O tak, spać to ona potrafi. Przez miniony weekend przespała 27, 5 godziny. Ale to nic, przejdzie jej. Mam nadzieję, bo inaczej mnie zadusi przez sen.
To był fragment urojonej wypowiedzi mojego realnego miśka. Mam ostatnio trudny okres w szkole. Siedzę nad książkami do późna w nocy, a potem odsypiam po powrocie ze szkoły i właśnie w weekendy. Niestety, mam też tendencję do zaciskania przez sen pięści i gniotę w ten sposób podkoszulek, kołdrę, bądź też właśnie owego miśka (a właściwie, to najczęściej jego). No cóż, próbowałam.
Naszły mnie ostatnio wątpliwości, po co to wszystko. No bo przecież swoje przeżycia powinno się zachowywać tylko dla siebie, to w końcu coś osobistego. Ale potem przyszło wytłumaczenie. Jak się domyślacie, nie ma tu wszystkiego, co jest w normalnym pamiętniku. Powiem wprost - to jest bardzo okrojona wersja mojego życia. Ale jak przeczytałam swój dzienniczek, to wygląda on mniej więcej tak: data, dzień tygodnia i w punktach opisany dzień. Owszem, przydaje się to, nie powiem, że nie. Ale jeśli wiem, że ktoś to przeczyta, to wkładam minimum wysiłku w nadanie temu jakiejkolwiek "spójnej" treści. Przynajmniej w ten sposób mogę rozwijać swój styl pisania. Bo to wszystko jest pisane spontanicznie. Ja nie planuję z wyprzedzeniem, co napiszę. Jest coś ciekawego, chęć do pisania, wena, nuda, czy cokolwiek innego - jest notka.
Ten wpis jest dziwny i straciliście czas Wy, wszyscy, którzy tu dobrnęliście. Oto skraj internetu. Wracajcie, skąd przychodzicie, bo oto nadchodzi gromowładna głupota autorki. Jeśli na czas nie uciekniecie, zostaniecie uwięzieni w jej twierdzy i zmuszeni do przebywania z jej chorą wyobraźnią. Decyzja należy do Was (uciekajcie, kretyni!).
Głowiąca się nad sonetem na polski,
be happy!
To był fragment urojonej wypowiedzi mojego realnego miśka. Mam ostatnio trudny okres w szkole. Siedzę nad książkami do późna w nocy, a potem odsypiam po powrocie ze szkoły i właśnie w weekendy. Niestety, mam też tendencję do zaciskania przez sen pięści i gniotę w ten sposób podkoszulek, kołdrę, bądź też właśnie owego miśka (a właściwie, to najczęściej jego). No cóż, próbowałam.
Naszły mnie ostatnio wątpliwości, po co to wszystko. No bo przecież swoje przeżycia powinno się zachowywać tylko dla siebie, to w końcu coś osobistego. Ale potem przyszło wytłumaczenie. Jak się domyślacie, nie ma tu wszystkiego, co jest w normalnym pamiętniku. Powiem wprost - to jest bardzo okrojona wersja mojego życia. Ale jak przeczytałam swój dzienniczek, to wygląda on mniej więcej tak: data, dzień tygodnia i w punktach opisany dzień. Owszem, przydaje się to, nie powiem, że nie. Ale jeśli wiem, że ktoś to przeczyta, to wkładam minimum wysiłku w nadanie temu jakiejkolwiek "spójnej" treści. Przynajmniej w ten sposób mogę rozwijać swój styl pisania. Bo to wszystko jest pisane spontanicznie. Ja nie planuję z wyprzedzeniem, co napiszę. Jest coś ciekawego, chęć do pisania, wena, nuda, czy cokolwiek innego - jest notka.
Ten wpis jest dziwny i straciliście czas Wy, wszyscy, którzy tu dobrnęliście. Oto skraj internetu. Wracajcie, skąd przychodzicie, bo oto nadchodzi gromowładna głupota autorki. Jeśli na czas nie uciekniecie, zostaniecie uwięzieni w jej twierdzy i zmuszeni do przebywania z jej chorą wyobraźnią. Decyzja należy do Was (uciekajcie, kretyni!).
Głowiąca się nad sonetem na polski,
be happy!
piątek, 14 lutego 2014
Rany julek, to już dzisiaj?
Właśnie zdałam sobie sprawę, że to już minął cały 365-dniowy rok, odkąd opublikowałam pierwszą notkę. A ile się od tamtego czasu zmieniło? Tylko moje otoczenie, bo ja chyba zostałam taka sama.Nadal kocham jeść mieszankę studencką, czytać książki, oglądać głupie seriale, czerń, pisanie, przyjaciół, śmiać się i użalać nad sobą. Wciąż odstaję od reszty i nie zidiociałam do końca. I te dwa ostatnie fakty autentyczne podnoszą mnie na duchu.
Walentynki/Walę w tynki/Dzień Chorych Psychicznie (niepotrzebne skreślić) - wspaniały okres dla producentów wszystkich tych przesłodkich okropieństw z motywem serduszek. Nie obchodzę i nie zamierzam zaczynać, bo jestem zwolenniczką okazywania sobie uczuć przez cały rok, a nie tylko w tym jednym dniu. Dlaczego? Bo to taka trochę dyskryminacja dla reszty dat. No bo niby czemu właśnie 14 luty jest w ten sposób wyróżniony? I czy nie wydaje Wam się ociupinkę dziwne świętowanie z powodu czyjejś śmierci? Przecież właśnie tego dnia 259 roku zginął śmiercią męczeńską (jak podaje Wikipedia) Święty Walenty. No ale współczesnych ludzi nie da się zrozumieć.
Byłam dzisiaj w Teatrze Wielkim w Łodzi na balecie pt. "Dziadek do orzechów". Ja absolutnie nie chcę skrytykować w tym, co zaraz napiszę, reżysera, ani tym bardziej tancerzy, ale w moim mniemaniu widowisko niewiele miało wspólnego z oryginałem. Muzyka była wspaniała, a artyści zaprezentowali naprawdę wysoki poziom. Jak to określiła panna W. (przepraszam za wyrażenie): "Szału nie ma, dupy nie urywa". I tyle.
Niewiele, bo niewiele, ale coś jest. W moim życiu niewiele się dzieje, to i nie ma nad czym deliberować. Gdyby jednak coś miało się zmienić w mym, nad wyraz nudnym, żywocie, wiedzcie, że poinformuję Was o tym, oczywiście w granicach przyzwoitości. No i co. Kłaniam się i czekam na oklaski. Do zobaczenia za jakiś czas.
Odstająca od reszty optymistyczna pesymistka
vel
be happy!
Walentynki/Walę w tynki/Dzień Chorych Psychicznie (niepotrzebne skreślić) - wspaniały okres dla producentów wszystkich tych przesłodkich okropieństw z motywem serduszek. Nie obchodzę i nie zamierzam zaczynać, bo jestem zwolenniczką okazywania sobie uczuć przez cały rok, a nie tylko w tym jednym dniu. Dlaczego? Bo to taka trochę dyskryminacja dla reszty dat. No bo niby czemu właśnie 14 luty jest w ten sposób wyróżniony? I czy nie wydaje Wam się ociupinkę dziwne świętowanie z powodu czyjejś śmierci? Przecież właśnie tego dnia 259 roku zginął śmiercią męczeńską (jak podaje Wikipedia) Święty Walenty. No ale współczesnych ludzi nie da się zrozumieć.
Byłam dzisiaj w Teatrze Wielkim w Łodzi na balecie pt. "Dziadek do orzechów". Ja absolutnie nie chcę skrytykować w tym, co zaraz napiszę, reżysera, ani tym bardziej tancerzy, ale w moim mniemaniu widowisko niewiele miało wspólnego z oryginałem. Muzyka była wspaniała, a artyści zaprezentowali naprawdę wysoki poziom. Jak to określiła panna W. (przepraszam za wyrażenie): "Szału nie ma, dupy nie urywa". I tyle.
Niewiele, bo niewiele, ale coś jest. W moim życiu niewiele się dzieje, to i nie ma nad czym deliberować. Gdyby jednak coś miało się zmienić w mym, nad wyraz nudnym, żywocie, wiedzcie, że poinformuję Was o tym, oczywiście w granicach przyzwoitości. No i co. Kłaniam się i czekam na oklaski. Do zobaczenia za jakiś czas.
Odstająca od reszty optymistyczna pesymistka
vel
be happy!
poniedziałek, 3 lutego 2014
I Balladynę piorun strzelił
Śpię, jem, czytam. Śpię, jem, czytam. Śpię, jem, czytam. Oczywiście z niewielką ilością innych potrzebnych do przetrwania czynności pomiędzy. I tak minęły mi ferie. A "Makbet" leży. Póki co, przeczytałam tytuł, autora i wydawnictwo. I koniec. Czytam lektury, bo niestety muszę, ale akurat ten wytwór Szekspira odrzuca mnie, i to jeszcze jak. Nie wiem, może jest otoczone jakimś polem siłowym. O, albo ta książka została zaklęta. Dobra, to była kiepska wymówka. Naprawdę kiepska. No ale cóż. Starość nie radość, młodość nie wieczność, pogrzeb nie wesele. Wiem, że to przysłowie średnio tutaj pasuje, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy.
Kupiłam sobie ostatnio coś wspaniałego. Cztery książki! Mama jeszcze o trzech nie wie, ale może się nie dowie. No co? Niby nadzieja matką głupich, ale przecież każda matka swoje dzieci kocha. No i głupi ma szczęście, nie?
Będąc ostatnio w Warszawie (miałam okazję się odchamić, więc pomyślałam sobie: "Czemu nie?") byłam świadkiem dość dziwnej sytuacji. Otóż natknęłam się na grupkę szalonych fanek brytyjskiego zespołu One Direction (niezbyt lubię, ale to nie znaczy, że kompletnie nie kojarzę). Dziewczyny były strasznie rozhisteryzowane i zaczepiały wszystkich ludzi w promieniu kilku metrów. Przezornie schowałam się za drzewem (których zresztą nie brakowało, w końcu byłam w parku) i postanowiłam obserwować sytuację. Każdą napotkaną osobę zapewniały o swojej dozgonnej miłości do członków tegoż zespołu i wypytywały o odczucia tych nieszczęśników co do ukochanego boysbandu. Jako, że nie stałam daleko, widziałam wyraźnie na ich twarzach różne emocje: dezorientację, strach, złość, zdziwienie, zaskoczenie, itp. Zdarzyła się nawet jedna dziewczyna, która przyznała się, że ich lubi. Została wtedy zasypana gradem pytań, dotyczących ich życiorysu. Wtedy zorientowała się, że ma do czynienia z bandą psychofanek. Próbowała się wyrwać z otaczającego ją wianuszka dziewcząt, ale nie dała rady. W końcu owa panna się wkurzyła i wygarnęła im (z użyciem łaciny podwórkowej), że to, co robią nie jest normalne i ona sobie nie życzy takiego zachowania wobec niej oraz, że jeśli jej teraz nie puszczą, to zadzwoni na policję. Ludzie, którzy zebrali się wokół podczas owej płomiennej przemowy bili jej brawo. A ja, no cóż. Nigdy więcej nie pójdę sama do parku. Boję się, że znowu napotkam jakieś wariatki.
Ja jestem całkiem tolerancyjna i wszystko rozumiem, ale nie takie akcje. Można być fanem kogoś. Ale jak można kogoś kochać, znając go wyłącznie z wyglądu? Nie powiem, że ja nie mam takich dziwactw. W końcu w jakimś stopniu też jestem dziewczyną (o nieciekawym wyglądzie, ale jednak dziewczyną!). Jestem fanką Eda Sheerana, lubię Brendona Urie i Toma Odella, a z aktorów podoba mi się Josh Hutcherson. Ale nie skaczę z tego powodu na ludzi na ulicy, bo jeszcze zachowałam resztki rozumu. Tak mi się przynajmniej wydaje i wcale nie zaprzeczę, gdy ktoś powie inaczej.
A co do Balladyny, to po prostu mamy niedługo w rawskiej odmóżdżatorni (tak, mówię o liceum) Miniatury Teatralne i trzeba coś wymyślić. Jeszcze nikt nic nie wymyślił, więc ja będę pierwsza. Początkowo planowałam zaproponować klasie wystawienie fragmentów "Balladyny" Słowackiego. Ale szukając jakichś nagrań, natrafiłam na "Balladynę 68,2", stworzoną pod okiem Jeremiego Przybory. Ta wersja tak mnie zauroczyła, że postanowiłam się poświęcić, napisać scenariusz na podstawie spektaklu (są niestety tylko nagrania) i pokazać go wspólnikom. Myślicie, że się uda?
Nie, nie jestem niezrównoważona psychicznie. Tak, piszę wiersze o śmierci. Tak, jestem dziwna. Tak, mam przyjaciół. Tak, zdarza mi się słuchać metalu (ale nie tego z darciem mordy). Nie, nie jem kotów. Tak, myję się codziennie. Tak, prowadzę zeszytowy pamiętnik. Nie, nie jestem psychiczna. Tak, jestem wolontariuszem w świetlicy. Nie, nie znęcam się nad dziećmi.
Taaaak. To powyżej napisałam, będąc w pełni rozumną istotą. Nie wiem w jakim celu to tam umieściłam, ale w jakimś na pewno. Bez powodu to ja tylko chodzę do szkoły i koegzystuję z normalnymi ludźmi. Gdyby ktoś wpadł przypadkiem na cel mojej wypowiedzi w poprzednim akapicie, niech da znać. A ja, cóż? Żegnam się z Państwem. Ahoj!
be happy!
Kupiłam sobie ostatnio coś wspaniałego. Cztery książki! Mama jeszcze o trzech nie wie, ale może się nie dowie. No co? Niby nadzieja matką głupich, ale przecież każda matka swoje dzieci kocha. No i głupi ma szczęście, nie?
Będąc ostatnio w Warszawie (miałam okazję się odchamić, więc pomyślałam sobie: "Czemu nie?") byłam świadkiem dość dziwnej sytuacji. Otóż natknęłam się na grupkę szalonych fanek brytyjskiego zespołu One Direction (niezbyt lubię, ale to nie znaczy, że kompletnie nie kojarzę). Dziewczyny były strasznie rozhisteryzowane i zaczepiały wszystkich ludzi w promieniu kilku metrów. Przezornie schowałam się za drzewem (których zresztą nie brakowało, w końcu byłam w parku) i postanowiłam obserwować sytuację. Każdą napotkaną osobę zapewniały o swojej dozgonnej miłości do członków tegoż zespołu i wypytywały o odczucia tych nieszczęśników co do ukochanego boysbandu. Jako, że nie stałam daleko, widziałam wyraźnie na ich twarzach różne emocje: dezorientację, strach, złość, zdziwienie, zaskoczenie, itp. Zdarzyła się nawet jedna dziewczyna, która przyznała się, że ich lubi. Została wtedy zasypana gradem pytań, dotyczących ich życiorysu. Wtedy zorientowała się, że ma do czynienia z bandą psychofanek. Próbowała się wyrwać z otaczającego ją wianuszka dziewcząt, ale nie dała rady. W końcu owa panna się wkurzyła i wygarnęła im (z użyciem łaciny podwórkowej), że to, co robią nie jest normalne i ona sobie nie życzy takiego zachowania wobec niej oraz, że jeśli jej teraz nie puszczą, to zadzwoni na policję. Ludzie, którzy zebrali się wokół podczas owej płomiennej przemowy bili jej brawo. A ja, no cóż. Nigdy więcej nie pójdę sama do parku. Boję się, że znowu napotkam jakieś wariatki.
Ja jestem całkiem tolerancyjna i wszystko rozumiem, ale nie takie akcje. Można być fanem kogoś. Ale jak można kogoś kochać, znając go wyłącznie z wyglądu? Nie powiem, że ja nie mam takich dziwactw. W końcu w jakimś stopniu też jestem dziewczyną (o nieciekawym wyglądzie, ale jednak dziewczyną!). Jestem fanką Eda Sheerana, lubię Brendona Urie i Toma Odella, a z aktorów podoba mi się Josh Hutcherson. Ale nie skaczę z tego powodu na ludzi na ulicy, bo jeszcze zachowałam resztki rozumu. Tak mi się przynajmniej wydaje i wcale nie zaprzeczę, gdy ktoś powie inaczej.
A co do Balladyny, to po prostu mamy niedługo w rawskiej odmóżdżatorni (tak, mówię o liceum) Miniatury Teatralne i trzeba coś wymyślić. Jeszcze nikt nic nie wymyślił, więc ja będę pierwsza. Początkowo planowałam zaproponować klasie wystawienie fragmentów "Balladyny" Słowackiego. Ale szukając jakichś nagrań, natrafiłam na "Balladynę 68,2", stworzoną pod okiem Jeremiego Przybory. Ta wersja tak mnie zauroczyła, że postanowiłam się poświęcić, napisać scenariusz na podstawie spektaklu (są niestety tylko nagrania) i pokazać go wspólnikom. Myślicie, że się uda?
Nie, nie jestem niezrównoważona psychicznie. Tak, piszę wiersze o śmierci. Tak, jestem dziwna. Tak, mam przyjaciół. Tak, zdarza mi się słuchać metalu (ale nie tego z darciem mordy). Nie, nie jem kotów. Tak, myję się codziennie. Tak, prowadzę zeszytowy pamiętnik. Nie, nie jestem psychiczna. Tak, jestem wolontariuszem w świetlicy. Nie, nie znęcam się nad dziećmi.
Taaaak. To powyżej napisałam, będąc w pełni rozumną istotą. Nie wiem w jakim celu to tam umieściłam, ale w jakimś na pewno. Bez powodu to ja tylko chodzę do szkoły i koegzystuję z normalnymi ludźmi. Gdyby ktoś wpadł przypadkiem na cel mojej wypowiedzi w poprzednim akapicie, niech da znać. A ja, cóż? Żegnam się z Państwem. Ahoj!
be happy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)