Tak, jej znowu odbija. Ani jej się nie chce uczyć, ani czytać, ani pisać, ani nic. Chce jej się tylko spać. O tak, spać to ona potrafi. Przez miniony weekend przespała 27, 5 godziny. Ale to nic, przejdzie jej. Mam nadzieję, bo inaczej mnie zadusi przez sen.
To był fragment urojonej wypowiedzi mojego realnego miśka. Mam ostatnio trudny okres w szkole. Siedzę nad książkami do późna w nocy, a potem odsypiam po powrocie ze szkoły i właśnie w weekendy. Niestety, mam też tendencję do zaciskania przez sen pięści i gniotę w ten sposób podkoszulek, kołdrę, bądź też właśnie owego miśka (a właściwie, to najczęściej jego). No cóż, próbowałam.
Naszły mnie ostatnio wątpliwości, po co to wszystko. No bo przecież swoje przeżycia powinno się zachowywać tylko dla siebie, to w końcu coś osobistego. Ale potem przyszło wytłumaczenie. Jak się domyślacie, nie ma tu wszystkiego, co jest w normalnym pamiętniku. Powiem wprost - to jest bardzo okrojona wersja mojego życia. Ale jak przeczytałam swój dzienniczek, to wygląda on mniej więcej tak: data, dzień tygodnia i w punktach opisany dzień. Owszem, przydaje się to, nie powiem, że nie. Ale jeśli wiem, że ktoś to przeczyta, to wkładam minimum wysiłku w nadanie temu jakiejkolwiek "spójnej" treści. Przynajmniej w ten sposób mogę rozwijać swój styl pisania. Bo to wszystko jest pisane spontanicznie. Ja nie planuję z wyprzedzeniem, co napiszę. Jest coś ciekawego, chęć do pisania, wena, nuda, czy cokolwiek innego - jest notka.
Ten wpis jest dziwny i straciliście czas Wy, wszyscy, którzy tu dobrnęliście. Oto skraj internetu. Wracajcie, skąd przychodzicie, bo oto nadchodzi gromowładna głupota autorki. Jeśli na czas nie uciekniecie, zostaniecie uwięzieni w jej twierdzy i zmuszeni do przebywania z jej chorą wyobraźnią. Decyzja należy do Was (uciekajcie, kretyni!).
Głowiąca się nad sonetem na polski,
be happy!
Ale za to opiszę tutaj. Tu przynajmniej obowiązuje częściowa anonimowość :)
Translate
wtorek, 25 lutego 2014
piątek, 14 lutego 2014
Rany julek, to już dzisiaj?
Właśnie zdałam sobie sprawę, że to już minął cały 365-dniowy rok, odkąd opublikowałam pierwszą notkę. A ile się od tamtego czasu zmieniło? Tylko moje otoczenie, bo ja chyba zostałam taka sama.Nadal kocham jeść mieszankę studencką, czytać książki, oglądać głupie seriale, czerń, pisanie, przyjaciół, śmiać się i użalać nad sobą. Wciąż odstaję od reszty i nie zidiociałam do końca. I te dwa ostatnie fakty autentyczne podnoszą mnie na duchu.
Walentynki/Walę w tynki/Dzień Chorych Psychicznie (niepotrzebne skreślić) - wspaniały okres dla producentów wszystkich tych przesłodkich okropieństw z motywem serduszek. Nie obchodzę i nie zamierzam zaczynać, bo jestem zwolenniczką okazywania sobie uczuć przez cały rok, a nie tylko w tym jednym dniu. Dlaczego? Bo to taka trochę dyskryminacja dla reszty dat. No bo niby czemu właśnie 14 luty jest w ten sposób wyróżniony? I czy nie wydaje Wam się ociupinkę dziwne świętowanie z powodu czyjejś śmierci? Przecież właśnie tego dnia 259 roku zginął śmiercią męczeńską (jak podaje Wikipedia) Święty Walenty. No ale współczesnych ludzi nie da się zrozumieć.
Byłam dzisiaj w Teatrze Wielkim w Łodzi na balecie pt. "Dziadek do orzechów". Ja absolutnie nie chcę skrytykować w tym, co zaraz napiszę, reżysera, ani tym bardziej tancerzy, ale w moim mniemaniu widowisko niewiele miało wspólnego z oryginałem. Muzyka była wspaniała, a artyści zaprezentowali naprawdę wysoki poziom. Jak to określiła panna W. (przepraszam za wyrażenie): "Szału nie ma, dupy nie urywa". I tyle.
Niewiele, bo niewiele, ale coś jest. W moim życiu niewiele się dzieje, to i nie ma nad czym deliberować. Gdyby jednak coś miało się zmienić w mym, nad wyraz nudnym, żywocie, wiedzcie, że poinformuję Was o tym, oczywiście w granicach przyzwoitości. No i co. Kłaniam się i czekam na oklaski. Do zobaczenia za jakiś czas.
Odstająca od reszty optymistyczna pesymistka
vel
be happy!
Walentynki/Walę w tynki/Dzień Chorych Psychicznie (niepotrzebne skreślić) - wspaniały okres dla producentów wszystkich tych przesłodkich okropieństw z motywem serduszek. Nie obchodzę i nie zamierzam zaczynać, bo jestem zwolenniczką okazywania sobie uczuć przez cały rok, a nie tylko w tym jednym dniu. Dlaczego? Bo to taka trochę dyskryminacja dla reszty dat. No bo niby czemu właśnie 14 luty jest w ten sposób wyróżniony? I czy nie wydaje Wam się ociupinkę dziwne świętowanie z powodu czyjejś śmierci? Przecież właśnie tego dnia 259 roku zginął śmiercią męczeńską (jak podaje Wikipedia) Święty Walenty. No ale współczesnych ludzi nie da się zrozumieć.
Byłam dzisiaj w Teatrze Wielkim w Łodzi na balecie pt. "Dziadek do orzechów". Ja absolutnie nie chcę skrytykować w tym, co zaraz napiszę, reżysera, ani tym bardziej tancerzy, ale w moim mniemaniu widowisko niewiele miało wspólnego z oryginałem. Muzyka była wspaniała, a artyści zaprezentowali naprawdę wysoki poziom. Jak to określiła panna W. (przepraszam za wyrażenie): "Szału nie ma, dupy nie urywa". I tyle.
Niewiele, bo niewiele, ale coś jest. W moim życiu niewiele się dzieje, to i nie ma nad czym deliberować. Gdyby jednak coś miało się zmienić w mym, nad wyraz nudnym, żywocie, wiedzcie, że poinformuję Was o tym, oczywiście w granicach przyzwoitości. No i co. Kłaniam się i czekam na oklaski. Do zobaczenia za jakiś czas.
Odstająca od reszty optymistyczna pesymistka
vel
be happy!
poniedziałek, 3 lutego 2014
I Balladynę piorun strzelił
Śpię, jem, czytam. Śpię, jem, czytam. Śpię, jem, czytam. Oczywiście z niewielką ilością innych potrzebnych do przetrwania czynności pomiędzy. I tak minęły mi ferie. A "Makbet" leży. Póki co, przeczytałam tytuł, autora i wydawnictwo. I koniec. Czytam lektury, bo niestety muszę, ale akurat ten wytwór Szekspira odrzuca mnie, i to jeszcze jak. Nie wiem, może jest otoczone jakimś polem siłowym. O, albo ta książka została zaklęta. Dobra, to była kiepska wymówka. Naprawdę kiepska. No ale cóż. Starość nie radość, młodość nie wieczność, pogrzeb nie wesele. Wiem, że to przysłowie średnio tutaj pasuje, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy.
Kupiłam sobie ostatnio coś wspaniałego. Cztery książki! Mama jeszcze o trzech nie wie, ale może się nie dowie. No co? Niby nadzieja matką głupich, ale przecież każda matka swoje dzieci kocha. No i głupi ma szczęście, nie?
Będąc ostatnio w Warszawie (miałam okazję się odchamić, więc pomyślałam sobie: "Czemu nie?") byłam świadkiem dość dziwnej sytuacji. Otóż natknęłam się na grupkę szalonych fanek brytyjskiego zespołu One Direction (niezbyt lubię, ale to nie znaczy, że kompletnie nie kojarzę). Dziewczyny były strasznie rozhisteryzowane i zaczepiały wszystkich ludzi w promieniu kilku metrów. Przezornie schowałam się za drzewem (których zresztą nie brakowało, w końcu byłam w parku) i postanowiłam obserwować sytuację. Każdą napotkaną osobę zapewniały o swojej dozgonnej miłości do członków tegoż zespołu i wypytywały o odczucia tych nieszczęśników co do ukochanego boysbandu. Jako, że nie stałam daleko, widziałam wyraźnie na ich twarzach różne emocje: dezorientację, strach, złość, zdziwienie, zaskoczenie, itp. Zdarzyła się nawet jedna dziewczyna, która przyznała się, że ich lubi. Została wtedy zasypana gradem pytań, dotyczących ich życiorysu. Wtedy zorientowała się, że ma do czynienia z bandą psychofanek. Próbowała się wyrwać z otaczającego ją wianuszka dziewcząt, ale nie dała rady. W końcu owa panna się wkurzyła i wygarnęła im (z użyciem łaciny podwórkowej), że to, co robią nie jest normalne i ona sobie nie życzy takiego zachowania wobec niej oraz, że jeśli jej teraz nie puszczą, to zadzwoni na policję. Ludzie, którzy zebrali się wokół podczas owej płomiennej przemowy bili jej brawo. A ja, no cóż. Nigdy więcej nie pójdę sama do parku. Boję się, że znowu napotkam jakieś wariatki.
Ja jestem całkiem tolerancyjna i wszystko rozumiem, ale nie takie akcje. Można być fanem kogoś. Ale jak można kogoś kochać, znając go wyłącznie z wyglądu? Nie powiem, że ja nie mam takich dziwactw. W końcu w jakimś stopniu też jestem dziewczyną (o nieciekawym wyglądzie, ale jednak dziewczyną!). Jestem fanką Eda Sheerana, lubię Brendona Urie i Toma Odella, a z aktorów podoba mi się Josh Hutcherson. Ale nie skaczę z tego powodu na ludzi na ulicy, bo jeszcze zachowałam resztki rozumu. Tak mi się przynajmniej wydaje i wcale nie zaprzeczę, gdy ktoś powie inaczej.
A co do Balladyny, to po prostu mamy niedługo w rawskiej odmóżdżatorni (tak, mówię o liceum) Miniatury Teatralne i trzeba coś wymyślić. Jeszcze nikt nic nie wymyślił, więc ja będę pierwsza. Początkowo planowałam zaproponować klasie wystawienie fragmentów "Balladyny" Słowackiego. Ale szukając jakichś nagrań, natrafiłam na "Balladynę 68,2", stworzoną pod okiem Jeremiego Przybory. Ta wersja tak mnie zauroczyła, że postanowiłam się poświęcić, napisać scenariusz na podstawie spektaklu (są niestety tylko nagrania) i pokazać go wspólnikom. Myślicie, że się uda?
Nie, nie jestem niezrównoważona psychicznie. Tak, piszę wiersze o śmierci. Tak, jestem dziwna. Tak, mam przyjaciół. Tak, zdarza mi się słuchać metalu (ale nie tego z darciem mordy). Nie, nie jem kotów. Tak, myję się codziennie. Tak, prowadzę zeszytowy pamiętnik. Nie, nie jestem psychiczna. Tak, jestem wolontariuszem w świetlicy. Nie, nie znęcam się nad dziećmi.
Taaaak. To powyżej napisałam, będąc w pełni rozumną istotą. Nie wiem w jakim celu to tam umieściłam, ale w jakimś na pewno. Bez powodu to ja tylko chodzę do szkoły i koegzystuję z normalnymi ludźmi. Gdyby ktoś wpadł przypadkiem na cel mojej wypowiedzi w poprzednim akapicie, niech da znać. A ja, cóż? Żegnam się z Państwem. Ahoj!
be happy!
Kupiłam sobie ostatnio coś wspaniałego. Cztery książki! Mama jeszcze o trzech nie wie, ale może się nie dowie. No co? Niby nadzieja matką głupich, ale przecież każda matka swoje dzieci kocha. No i głupi ma szczęście, nie?
Będąc ostatnio w Warszawie (miałam okazję się odchamić, więc pomyślałam sobie: "Czemu nie?") byłam świadkiem dość dziwnej sytuacji. Otóż natknęłam się na grupkę szalonych fanek brytyjskiego zespołu One Direction (niezbyt lubię, ale to nie znaczy, że kompletnie nie kojarzę). Dziewczyny były strasznie rozhisteryzowane i zaczepiały wszystkich ludzi w promieniu kilku metrów. Przezornie schowałam się za drzewem (których zresztą nie brakowało, w końcu byłam w parku) i postanowiłam obserwować sytuację. Każdą napotkaną osobę zapewniały o swojej dozgonnej miłości do członków tegoż zespołu i wypytywały o odczucia tych nieszczęśników co do ukochanego boysbandu. Jako, że nie stałam daleko, widziałam wyraźnie na ich twarzach różne emocje: dezorientację, strach, złość, zdziwienie, zaskoczenie, itp. Zdarzyła się nawet jedna dziewczyna, która przyznała się, że ich lubi. Została wtedy zasypana gradem pytań, dotyczących ich życiorysu. Wtedy zorientowała się, że ma do czynienia z bandą psychofanek. Próbowała się wyrwać z otaczającego ją wianuszka dziewcząt, ale nie dała rady. W końcu owa panna się wkurzyła i wygarnęła im (z użyciem łaciny podwórkowej), że to, co robią nie jest normalne i ona sobie nie życzy takiego zachowania wobec niej oraz, że jeśli jej teraz nie puszczą, to zadzwoni na policję. Ludzie, którzy zebrali się wokół podczas owej płomiennej przemowy bili jej brawo. A ja, no cóż. Nigdy więcej nie pójdę sama do parku. Boję się, że znowu napotkam jakieś wariatki.
Ja jestem całkiem tolerancyjna i wszystko rozumiem, ale nie takie akcje. Można być fanem kogoś. Ale jak można kogoś kochać, znając go wyłącznie z wyglądu? Nie powiem, że ja nie mam takich dziwactw. W końcu w jakimś stopniu też jestem dziewczyną (o nieciekawym wyglądzie, ale jednak dziewczyną!). Jestem fanką Eda Sheerana, lubię Brendona Urie i Toma Odella, a z aktorów podoba mi się Josh Hutcherson. Ale nie skaczę z tego powodu na ludzi na ulicy, bo jeszcze zachowałam resztki rozumu. Tak mi się przynajmniej wydaje i wcale nie zaprzeczę, gdy ktoś powie inaczej.
A co do Balladyny, to po prostu mamy niedługo w rawskiej odmóżdżatorni (tak, mówię o liceum) Miniatury Teatralne i trzeba coś wymyślić. Jeszcze nikt nic nie wymyślił, więc ja będę pierwsza. Początkowo planowałam zaproponować klasie wystawienie fragmentów "Balladyny" Słowackiego. Ale szukając jakichś nagrań, natrafiłam na "Balladynę 68,2", stworzoną pod okiem Jeremiego Przybory. Ta wersja tak mnie zauroczyła, że postanowiłam się poświęcić, napisać scenariusz na podstawie spektaklu (są niestety tylko nagrania) i pokazać go wspólnikom. Myślicie, że się uda?
Nie, nie jestem niezrównoważona psychicznie. Tak, piszę wiersze o śmierci. Tak, jestem dziwna. Tak, mam przyjaciół. Tak, zdarza mi się słuchać metalu (ale nie tego z darciem mordy). Nie, nie jem kotów. Tak, myję się codziennie. Tak, prowadzę zeszytowy pamiętnik. Nie, nie jestem psychiczna. Tak, jestem wolontariuszem w świetlicy. Nie, nie znęcam się nad dziećmi.
Taaaak. To powyżej napisałam, będąc w pełni rozumną istotą. Nie wiem w jakim celu to tam umieściłam, ale w jakimś na pewno. Bez powodu to ja tylko chodzę do szkoły i koegzystuję z normalnymi ludźmi. Gdyby ktoś wpadł przypadkiem na cel mojej wypowiedzi w poprzednim akapicie, niech da znać. A ja, cóż? Żegnam się z Państwem. Ahoj!
be happy!
niedziela, 29 grudnia 2013
W kręgu własnej głupoty...
Taaaak. Święta były, były, a potem sobie poszły. I ich nie ma. Teraz pozostał najtrudniejszy wybór tego roku. Oglądać transmisję z Gdyni, Wrocławia czy Krakowa. No co, ja też muszę jakoś spędzić noc z 31 grudnia na 1 stycznia. A postanowienia noworoczne wymyślacie? Ja przestałam jakoś trzy lata temu, bo nic to nie dawało. Postanowiłam wziąć się za siebie bez żadnej konkretnej okazji. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Ale tak czy siak, trzymajcie kciuki, żeby się udało. Jak plan wypali, to napiszę na czym on polegał.
Tak jakoś piszę bez ładu i składu, bo nie mogę ogarnąć własnych myśli. Chyba czas odstawić książki na jakiś czas, bo nie jestem w stanie opuścić świata marzeń. Przeczytałam od początku tygodnia pięć książek i jestem w połowie szóstej. Szkoda, że to nie podręczniki, ale akurat one mnie ostatnimi czasy odrzucają z nadzwyczajną siłą. Liczę, że biologia przestanie oddziaływać na mnie w ten sposób, bo skończę z oceną dostateczną na półrocze. Byłaby to moja pierwsza trója wystawiona na semestr w życiu. Chociaż w sumie, zawsze musi być ten pierwszy raz.
STOP! Zmieniłam zdanie. Jednak będę miała parę postanowień na rok 2014. Otóż:
1. Przeczytam mnóstwo świetnych książek.
2. Wysłucham mnóstwa świetnych piosenek.
3. Napiszę mnóstwo dziwnych wierszy i opowiadań.
Ta dam. Oto moja lista postanowień. No, tego to ja jestem w stanie dotrzymać, bo zawsze staram się to robić.
I koniec. Krótko, bo krótko, ale jest. Cóż, tak to już bywa, kiedy człowiek sam siebie nie rozumie i nie potrafi się porządnie i po ludzku wysłowić.
"Ja nie jestem agresywny, agresywność jeden."
Zakręcona w spirali własnej głupoty
be happy!
Tak jakoś piszę bez ładu i składu, bo nie mogę ogarnąć własnych myśli. Chyba czas odstawić książki na jakiś czas, bo nie jestem w stanie opuścić świata marzeń. Przeczytałam od początku tygodnia pięć książek i jestem w połowie szóstej. Szkoda, że to nie podręczniki, ale akurat one mnie ostatnimi czasy odrzucają z nadzwyczajną siłą. Liczę, że biologia przestanie oddziaływać na mnie w ten sposób, bo skończę z oceną dostateczną na półrocze. Byłaby to moja pierwsza trója wystawiona na semestr w życiu. Chociaż w sumie, zawsze musi być ten pierwszy raz.
STOP! Zmieniłam zdanie. Jednak będę miała parę postanowień na rok 2014. Otóż:
1. Przeczytam mnóstwo świetnych książek.
2. Wysłucham mnóstwa świetnych piosenek.
3. Napiszę mnóstwo dziwnych wierszy i opowiadań.
Ta dam. Oto moja lista postanowień. No, tego to ja jestem w stanie dotrzymać, bo zawsze staram się to robić.
I koniec. Krótko, bo krótko, ale jest. Cóż, tak to już bywa, kiedy człowiek sam siebie nie rozumie i nie potrafi się porządnie i po ludzku wysłowić.
"Ja nie jestem agresywny, agresywność jeden."
Zakręcona w spirali własnej głupoty
be happy!
środa, 18 grudnia 2013
"Opowiastka, czyli jak spierniczyć swoje własne wyobrażenia" część 2
Hah, no po prostu cudnie. Kiedy be happy! ma najlepszą wenę? Na Podstawach Przedsiębiorczości w każdy czwartek na siódmej godzinie lekcyjnej. No, ale nie ma co narzekać. Grunt, że w ogóle. A tak poza tym, to zanim zacznę się ośmieszać, to powiem napiszę, że udało mi się zająć drugie miejsce w I Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Juliana Tuwima. Jestem z tego względu bardzo szczęśliwa i chyba nic nie jest w stanie zepsuć mojej radości. Ta notka będzie bardzo długa, bo postanowiłam, że wstawię je tutaj. Zapraszam więc do czytania "Opowiastki..." i czterech moich wierszy. Może nie są one tak mocne w przekazie jak "Zrozumienie", ale myślę, że nie są złe.
„Taniec zbłąkanych
dusz”
Początek i koniec.
Koniec i początek.
W tym rytmie okrutnym
Błądzą po ścianach cienie
Niczyje.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
Próbują tę wędrówkę bez celu
Przerwać, lecz
Nie mogą.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
Spójrz w lustro.
Ty też jesteś cieniem
Niczyim.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
I nic z tym nie zrobisz,
Choć tak bardzo
Chciałbyś.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
I tylko jedno jest nieuchronne.
Ten rytm tak okrutny do tańca
Cieni.
I nadszedł koniec początku.
I początek końca.
A taniec nie ustał.
I wciąż trwa.
Aż nadejdzie kres zakończenia.
Koniec i początek.
W tym rytmie okrutnym
Błądzą po ścianach cienie
Niczyje.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
Próbują tę wędrówkę bez celu
Przerwać, lecz
Nie mogą.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
Spójrz w lustro.
Ty też jesteś cieniem
Niczyim.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
I nic z tym nie zrobisz,
Choć tak bardzo
Chciałbyś.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
I tylko jedno jest nieuchronne.
Ten rytm tak okrutny do tańca
Cieni.
I nadszedł koniec początku.
I początek końca.
A taniec nie ustał.
I wciąż trwa.
Aż nadejdzie kres zakończenia.
„Kochanie”
Miłość.
Nieszczęśliwa.
Niełaskawa.
Zazdrosna.
Wyniosła.
Bezwstydna.
Niesprawiedliwa.
Niewierna.
Niewytrzymała.
Niecierpliwa.
Jakże bolesna.
A tak wyczekiwana…
Nieszczęśliwa.
Niełaskawa.
Zazdrosna.
Wyniosła.
Bezwstydna.
Niesprawiedliwa.
Niewierna.
Niewytrzymała.
Niecierpliwa.
Jakże bolesna.
A tak wyczekiwana…
„Słodki głos”
Ten głos.
On mnie budził rano.
Usypiał wieczorem.
Rozmawiał ze mną na jawie.
I we śnie.
Nie opuszczał mnie.
Był ze mną wszędzie.
Zawsze.
I nagle nie miał mnie kto obudzić.
Nikt mi nie śpiewał kołysanek.
Nie miałam komu się zwierzyć.
Zniknął.
Szukałam go.
Nie znalazłam.
Ale kiedy płakałam za nim już któryś raz z rzędu
Odezwał się cichutko jednym słowem:
- Dorosłaś.
On mnie budził rano.
Usypiał wieczorem.
Rozmawiał ze mną na jawie.
I we śnie.
Nie opuszczał mnie.
Był ze mną wszędzie.
Zawsze.
I nagle nie miał mnie kto obudzić.
Nikt mi nie śpiewał kołysanek.
Nie miałam komu się zwierzyć.
Zniknął.
Szukałam go.
Nie znalazłam.
Ale kiedy płakałam za nim już któryś raz z rzędu
Odezwał się cichutko jednym słowem:
- Dorosłaś.
„Nieróżana róża”
Róża.
Biała.
Taka bez kolców.
Ty mi ją dałeś
Nawet o tym nie wiedząc.
Szkoda.
Tylko poraniłam sobie palce
O te kolce, których nie było.
Biała.
Taka bez kolców.
Ty mi ją dałeś
Nawet o tym nie wiedząc.
Szkoda.
Tylko poraniłam sobie palce
O te kolce, których nie było.
I tyle. A teraz usiądźcie, weźcie leki na nerwicę i zagłębcie się w mój bezfabułowy tekst.
-Oliver, gdzie jesteś? Nie chowaj się. Dobrze wiesz, że dzisiaj też musisz tam iść! - matka chłopca była wściekła. Jeszcze chwila, a spóźni się do pracy. - Wyłaź z tej szafy, natychmiast!
- Ale mamo, dlaczego nie mogę iść z Mitchem? Przecież wiesz, że będę grzeczny! - rozpłakał się pięciolatek. - Ja nie lubię pani Marsonie. Ona mnie zmusza do jedzenia brukselki i jest cała różowa!
- Nic ci na to nie poradzę. Mitch chodzi na zarobek do pani Corsello. Przeszkadzałbyś mu tylko.
- Naprawdę muszę?
- Ollie...
- No dobrze, pójdę. A kupisz mi coś?
- Kupię, kupię. Ale chodźmy już, bo zaraz się spóźnię i wywalą mnie z pracy.
I powędrowali. Miranda Marsonie nie mieszkała daleko, tylko cztery domy dalej. Ilość kotów, przypadających na jeden metr kwadratowy tego budynku przerażała panią McGallen, ale nikt inny nie chciał zająć się małym Oliverem. Dziękowała w myślach Bogu, że jej syn nie był uczulony na kocią sierść, bo wtedy dopiero miałaby problem. Po chwili dotarli pod różowy domek pani Mirandy. Matka Olivera zapukała w również różowe drzwi. Po kilku jękach i sapaniu dochodzącym z wnętrza domu poznała, że zaraz zobaczy opiekunkę chłopca w całej jej różowej okazałości.
I powędrowali. Miranda Marsonie nie mieszkała daleko, tylko cztery domy dalej. Ilość kotów, przypadających na jeden metr kwadratowy tego budynku przerażała panią McGallen, ale nikt inny nie chciał zająć się małym Oliverem. Dziękowała w myślach Bogu, że jej syn nie był uczulony na kocią sierść, bo wtedy dopiero miałaby problem. Po chwili dotarli pod różowy domek pani Mirandy. Matka Olivera zapukała w również różowe drzwi. Po kilku jękach i sapaniu dochodzącym z wnętrza domu poznała, że zaraz zobaczy opiekunkę chłopca w całej jej różowej okazałości.
- Och, witajcie, witajcie. Nie spodziewałam się was tak wcześnie. Jane, jak ty dzisiaj ślicznie wyglądasz.
- Proszę pani, a będzie dzisiaj brukselka? - wciął się rezolutny malec.
- Proszę pani, a będzie dzisiaj brukselka? - wciął się rezolutny malec.
- Nie, skarbie. Kupiłam wczoraj trochę szpinaku i brokułów na rynku, więc coś z nich zrobię na obiad..
- O, tego to ja jeszcze nie jadłem! Chętnie spróbuję! - uśmiechnął się Oliver. - Mamo, pozdrów ode mnie Mitcha! - zawołał do wycofującej się po cichu matki.
- Pozdrowię. Do widzenia pani Marsonie i miłego dni.
- Chodź Ollie, obejrzymy bajkę. Wypożyczyłam wczoraj specjalnie dla ciebie jakąś bajkę. Nie wiem dokładni, co to, ale pan z wypożyczalni powiedział, że to świetna animacja - powiedziała Miranda do chłopca, prowadząc go do różowego salonu, sadzając go na różowej kanapie przed różowym stolikiem i szafką z czarnym telewizorem. Tak, pięciolatek był pewien, że znienawidził ten kolor. Nigdy nie pozwoliłby, żeby ktoś umeblował mu dom w taki sposób. Przytłaczał go ten róż i tak po prawdzie, o nawet się go trochę bał. Ów irracjonalny lęk nie był niczym poparty i Oliver nigdy by się do niego nie przyznał.
- Coś ty taki nieobecny? Ale nie martw się. Około czternastej ma do mnie przyjechać mój chrześniak, Brian, syn mojej siostry, Bree, która wyszła za Jeffa Crowley'a. on pochodzi z takiej bylejakiej rodziny. Wiesz, że jego matka, to była sprzątaczką bez wykształcenia, a ojciec, nierób jeden, na zasiłku siedział? No coś okropnego. My pochodzimy z takiej szlachetnej rodziny, inteligenckiej, no ja nie wiem, jak ona mogła...
Dalej już chłopiec nie słuchał. Po tylu wizytach u pani Marsoni wiedział, że trzeba jej się po prostu dać wygadać. Zresztą, on i tak nigdy nie rozumiał o co jej chodzi. Ignorując paplaninę swojej opiekunki, wrócił myślami do wczorajszego wieczora, który spędził na układaniu klocków z Mitchem.
Ach, Mitch. Jak on chciałby być taki jak on. Wysoki, szczupły, ciemnowłosy chłopak z niebieskimi oczami. Był bardzo inteligentnym nastolatkiem, ale nie miał zbyt wielu przyjaciół. Bliżej kolegował się tylko z dziwnym, mrocznym Gregiem z sąsiedniej ulicy. Oliver go nie lubił. Zawsze chodził ubrany na czarno, nawet w trzydziestostopniowy upał, nigdy nie przebywał u nich w domu dłużej niż pół godziny. Był jakiś taki inny. Zupełne przeciwieństwo Mitcha. Nie miał pojęcia, dlaczego się tak lubili.
Wczorajszy wieczór. Obaj chłopcy leżeli wspólnie na dywanie i budowali różnorakie wymyślne wieże, budynki, pojazdy. Oczywiście, to co wychodziło spod ręki Mitcha było kunsztowne i misterne. W końcu nie na darmo szkolił się w większości dziedzin artystycznych: śpiew, malarstwo, rysunek, grafika, rzeźba, gra na gitarze, fortepianie, trąbce, saksofonie, skrzypcach, perkusji i wiolonczeli. Był laureatem wielu konkursów we wszystkich z tych dziedzin, ale nigdy nikomu o tym nie mówił. Wiedziała tylko rodzina i Greg. Zawsze twierdził, że nie lubi szumu. Zresztą nieśmiałość była jadną z jego niewielu, za to bardzo widocznych wad. Innymi była nadmierna ciekawość i trudności w nawiązywaniu nowych znajomości. Do jego głównych zajęć w wakacje należała pomoc pani Corsello, ich sąsiadce, w domowych obowiązkach, oprócz gotowania, czego szczerze nienawidził. Nawet wodę w czajniku potrafił przypalić.
- Ollie! Olliver, słyszysz mnie? Co się z tym dzieckiem wyprawia? Halo! Ziemia do Olliego! - zdziwiona brakiem reakcji chłopca na film Miranda, zaczęła machać małemu ręką przed oczami i potrząsała go za ramię.
- Ollie! Olliver, słyszysz mnie? Co się z tym dzieckiem wyprawia? Halo! Ziemia do Olliego! - zdziwiona brakiem reakcji chłopca na film Miranda, zaczęła machać małemu ręką przed oczami i potrząsała go za ramię.
- Yyy... Co się dzieje? Czemu pani tak strasznie krzyczy? Chyba się trochę zamyśliłem. Przepraszam.
- Ależ chłopcze, nic się nie stało. Tylko trochę się wystraszyłam, bo nie miałam z tobą żadnego kontaktu. Chcesz oglądać film, czy wolisz porobić coś innego?
- Psze pani, a poukładałaby pani ze mną klocki?
- Oj, kochanie, bardzo bym chciała, ale obiad się sam nie ugotuje.
- To ja może dokończę tą bajkę.
- Zgoda. Jakbyś czegoś potrzebował, to ja będę w kuchni.
Pani Marsonie poszła przygotowywać cały zestaw dań ze szpinaku i brokułów, a Oliver zagłębił się w fabule filmu. Zapomniał zupełnie o swoim przyszłym towarzyszu broni, Brianie Crowley'u.
Ta dam. Koniec. Póki co, mam jeszcze fragment trzeciego rozdziału, ale nie wiem co mam o tym myśleć. A, no i gratulacje dla tego, kto dobrnął aż tutaj. Musiał już naprawdę nie mieć pomysłu na życie, ale ja nie wnikam. Także tego. Ja już uciekam. Mapa Europy i skróty klawiszowe same mi do głowy nie wejdą.
Zadowolona z życia i z siebie
be happy!
sobota, 7 grudnia 2013
"Ucho, dynia, sto dwadzieścia pięć"
Rany, jak ja dawno tego nie czytałam. Była to jedna z pierwszych pozycji na mojej liście przeczytanych książek. A przedwczoraj znalazłam ją za kredensem. Taka zniszczona, zakurzona, zapomniana... Z radością przewracałam pogięte kartki i przypominałam sobie fabułę. No cóż, stara miłość nie rdzewieje. Teraz tylko doprowadzić ją do jak najlepszego stanu, czyli oczyścić z pajęczyn, kurzu itp., obłożyć, powklejać uciekające kartki. Potem to już tylko postawić na półce i móc do niej wracać. Marzenie...
Mniej przyjemna rzecz stała się wczorajszego popołudnia/wieczora (nie wiem, jak zimą określić godzinę 16:30). To może ja zacznę od początku. Przed naszym ogrodzeniem rosną dwa bardzo stare i dość wysokie kasztany, a nasz dom znajduje się całkiem blisko nich. Występujące ostatnio silne wiatry doprowadziły do złamania się jednego z rzeczonych drzew na wysokości około trzech metrów, które spadając, uszkodziło ścianę naszego domu i wybiło szybę w oknie. Nikomu nic się nie stało, bo wujek zauważył lecący pień i odciągnął babcię od stołu. Przeraziła się ona okropnie, bo nie wiedziała, co się dzieje, zresztą tak jak większość z nas. Tylko mama zachowała zimną krew i zadzwoniła po straż pożarną. Przyjechali, ale było już bardzo ciemno i niewiele dało się zrobić. Powiedzieli nam za to, że gdyby drzewo nie zaczepiło o sieć energetyczną, to zniszczyłoby dach i pokój mojego brata. Okazało się też, że skoro już to zrobiło, to pozbawiło prądu ponad połowę Żdżar, w tym kościół, w którym odbywała się wtedy msza rekolekcyjna. Zadzwonili więc po elektryków. Gdy dotarli oni na miejsce i zaczęli coś robić przy tym słupie, to zrobiła się taka zamieć, że nic nie było widać. Ale skończyli, prąd podłączyli i pojechali. Strażacy też. A drzewo leży. I nic z nim nie możemy zrobić. Z oknem też, bo musi przyjechać rzeczoznawca. No cudownie. Trochę zakryliśmy tą dziurę, ale wiatr i tak się przedostaje do wnętrza. Coś okropnego. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że to drugie też się bardzo mocno buja. I jak pieprznie (przepraszam za wyrażenie), to dopiero będzie cyrk. Ale wyciąć go, ani tego kikuta po tamtym drzewie wyciąć nie można, bo to bardzo stare drzewa, zabytki wręcz, i gmina nie pozwala. Chyba musi coś się komuś stać poważnego, żeby zauważyli problem i coś z tym zrobili. A teraz cóż. Pozostaje tylko czekać.
Rozczulona, wściekła i okropnie klnąca w realu
be happy!
Mniej przyjemna rzecz stała się wczorajszego popołudnia/wieczora (nie wiem, jak zimą określić godzinę 16:30). To może ja zacznę od początku. Przed naszym ogrodzeniem rosną dwa bardzo stare i dość wysokie kasztany, a nasz dom znajduje się całkiem blisko nich. Występujące ostatnio silne wiatry doprowadziły do złamania się jednego z rzeczonych drzew na wysokości około trzech metrów, które spadając, uszkodziło ścianę naszego domu i wybiło szybę w oknie. Nikomu nic się nie stało, bo wujek zauważył lecący pień i odciągnął babcię od stołu. Przeraziła się ona okropnie, bo nie wiedziała, co się dzieje, zresztą tak jak większość z nas. Tylko mama zachowała zimną krew i zadzwoniła po straż pożarną. Przyjechali, ale było już bardzo ciemno i niewiele dało się zrobić. Powiedzieli nam za to, że gdyby drzewo nie zaczepiło o sieć energetyczną, to zniszczyłoby dach i pokój mojego brata. Okazało się też, że skoro już to zrobiło, to pozbawiło prądu ponad połowę Żdżar, w tym kościół, w którym odbywała się wtedy msza rekolekcyjna. Zadzwonili więc po elektryków. Gdy dotarli oni na miejsce i zaczęli coś robić przy tym słupie, to zrobiła się taka zamieć, że nic nie było widać. Ale skończyli, prąd podłączyli i pojechali. Strażacy też. A drzewo leży. I nic z nim nie możemy zrobić. Z oknem też, bo musi przyjechać rzeczoznawca. No cudownie. Trochę zakryliśmy tą dziurę, ale wiatr i tak się przedostaje do wnętrza. Coś okropnego. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że to drugie też się bardzo mocno buja. I jak pieprznie (przepraszam za wyrażenie), to dopiero będzie cyrk. Ale wyciąć go, ani tego kikuta po tamtym drzewie wyciąć nie można, bo to bardzo stare drzewa, zabytki wręcz, i gmina nie pozwala. Chyba musi coś się komuś stać poważnego, żeby zauważyli problem i coś z tym zrobili. A teraz cóż. Pozostaje tylko czekać.
Rozczulona, wściekła i okropnie klnąca w realu
be happy!
piątek, 22 listopada 2013
"Opowiastka, czyli jak spierniczyć swoje własne wyobrażenia" część I
Czas od ostatniej notki upłynął mi na nauce. Trzeba się zacząć w końcu uczyć, bo koniec półrocza zbliża się wielkimi krokami, a mama powiedziała, że ukręci mi głowę, jak nie będę wzorowa, przynajmniej na koniec roku. Przykre. Ale wiem, że to dla mojego dobra. Od tego będą zależeć moje studia. Boję się.
Ale nie o tym miało być. Moja chora wyobraźnia ostatnio kazała mi coś naszrajbować i nie wiem czy to jest warte kontynuacji czy lepiej o tym zapomnieć. Zapraszam zatem na ten tekst bez żadnego (przynajmniej na razie) tytułu.
Ale nie o tym miało być. Moja chora wyobraźnia ostatnio kazała mi coś naszrajbować i nie wiem czy to jest warte kontynuacji czy lepiej o tym zapomnieć. Zapraszam zatem na ten tekst bez żadnego (przynajmniej na razie) tytułu.
- Janice, nie opóźniaj! Przez Ciebie spóźnimy się na tą kolację! - wrzasnęła pani Randy.
- Ale ja wcale nie opóźniam. Przecież wale nie chcę tam jechać. Zresztą, nie mam nawet co spakować.
- Ładnemu we wszystkim ładnie. A nie, wróć, ty nie jesteś ładna. -drwił z Janice Malcolm, jej młodszy piętnastoletni brat.
- Odczep się, kretynie! Ty sam nie wyglądasz lepiej!
- Odczep się, kretynie! Ty sam nie wyglądasz lepiej!
- Ja przynajmniej nie muszę nakładać kilo tapety, żeby dało się na mnie patrzeć!
- Dzieciaki, przestańcie. Janice, masz 10 minut, żeby się wyszykować. Inaczej pojedziemy bez Ciebie. - zakończyła sprzeczkę mama.
Dziewczyna wcale nie chciała jechać. Nie podobał jej się ten pomysł od samego początku. Uważała, że ciotka Maggie jest szalona i wizyta u niej nie skończy się dobrze. Ale kto by tam słuchał aspołecznej siedemnastolatki?
Dziewczyna wcale nie chciała jechać. Nie podobał jej się ten pomysł od samego początku. Uważała, że ciotka Maggie jest szalona i wizyta u niej nie skończy się dobrze. Ale kto by tam słuchał aspołecznej siedemnastolatki?
- Czy ja naprawdę muszę brać udział w tym cyrku?
- Tak. I już ty dobrze wiesz dlaczego. -odwarknęła mama.
Problem był w tym, że nie miała najmniejszego nawet pojęcia o powodzie ich wyprawy. Nie miała jednak czasu dłużej się nad tym zastanawiać, bo cała rodzina zaczęła już pakować się do auta. Jeśli nie chciała jechać z najgorszym kierowcą pod słońcem, musiała się sprężyć. W biegu złapała walizkę i wyskoczyła przed dom. Gdy dotarła na podjazd, zmartwiała. Okazało się, że w samochodzie są już rodzice, Malcolm i dziadkowie.
- Houston, chyba jednak mamy problem. - wyszeptała. Jej duże zielone oczy zaszły mgłą. W aucie nie było już dla niej miejsca. A to oznaczało, że będzie musiała jechać z wujkiem Georgem.
Wujek George. Wysoki, barczysty, postawny mężczyzna w wieku czterdziestu lat, kawaler. "Szczęśliwy" posiadacz długich czarnych włosów zaplecionych w warkocz i sięgającej piersi brody. Miał on też dziwne hobby. A mianowicie króliki. Ten straszny z wyglądu mężczyzna potrafił się rozpłakać się na widok małego króliczka. Jednak kompletnie nie potrafił jeździć samochodem i Janice nie raz zastanawiała się, kto wydał wujkowi prawo jady. Ona nie pozwoliłaby mu nawet rowerem jeździć, a co dopiero pojazdem z napędem silnikowym, którego prędkość przekracza 3 km/h. Ale teraz nie miała wyboru. George pomachał do niej wesoło, pokazując w uśmiechu psychopaty wszystkie białe, błyszczące i bardzo ostre zęby. Dziewczyna z ociąganiem ruszyła w kierunku auta. Wiedziała, ze nie ma się czego obawiać i wujek jej nic nie zrobi, ale nie potrafiła pozbyć się tego dziwnego uczucia, towarzyszącego jej zawsze w jego obecności. Szybko wrzuciła do bagażnika walizkę i wsiadła do samochodu. Od razu owionął ją zapach lawendy. Tak, to tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że wujek George jest naprawdę bardzo dziwnym człowiekiem. Miała też świadomość tego, że osoba, u której spędzą najbliższe dwa tygodnie, jest ,na swój dziwny sposób, bardziej przerażająca od wszystkich uśmiechów wuja razem wziętych,
- Coś ty taka niemrawa, Jan? Szykuje się niezła zabawa. Scarlett mówiła mi, że Maggie też hoduje króliki. - rozmarzył się George.
- Mama opowiadała Ci o ciotce? - spytała z niedowierzaniem Janice.
- Houston, chyba jednak mamy problem. - wyszeptała. Jej duże zielone oczy zaszły mgłą. W aucie nie było już dla niej miejsca. A to oznaczało, że będzie musiała jechać z wujkiem Georgem.
Wujek George. Wysoki, barczysty, postawny mężczyzna w wieku czterdziestu lat, kawaler. "Szczęśliwy" posiadacz długich czarnych włosów zaplecionych w warkocz i sięgającej piersi brody. Miał on też dziwne hobby. A mianowicie króliki. Ten straszny z wyglądu mężczyzna potrafił się rozpłakać się na widok małego króliczka. Jednak kompletnie nie potrafił jeździć samochodem i Janice nie raz zastanawiała się, kto wydał wujkowi prawo jady. Ona nie pozwoliłaby mu nawet rowerem jeździć, a co dopiero pojazdem z napędem silnikowym, którego prędkość przekracza 3 km/h. Ale teraz nie miała wyboru. George pomachał do niej wesoło, pokazując w uśmiechu psychopaty wszystkie białe, błyszczące i bardzo ostre zęby. Dziewczyna z ociąganiem ruszyła w kierunku auta. Wiedziała, ze nie ma się czego obawiać i wujek jej nic nie zrobi, ale nie potrafiła pozbyć się tego dziwnego uczucia, towarzyszącego jej zawsze w jego obecności. Szybko wrzuciła do bagażnika walizkę i wsiadła do samochodu. Od razu owionął ją zapach lawendy. Tak, to tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że wujek George jest naprawdę bardzo dziwnym człowiekiem. Miała też świadomość tego, że osoba, u której spędzą najbliższe dwa tygodnie, jest ,na swój dziwny sposób, bardziej przerażająca od wszystkich uśmiechów wuja razem wziętych,
- Coś ty taka niemrawa, Jan? Szykuje się niezła zabawa. Scarlett mówiła mi, że Maggie też hoduje króliki. - rozmarzył się George.
- Mama opowiadała Ci o ciotce? - spytała z niedowierzaniem Janice.
- A żeby to raz. Maggie wydaje się być bardzo interesującą osobą i, znając Ciebie, zachcesz ją bardzo dobrze poznać.
- Zabawne, bo zawsze, kiedy próbowałam wyciągnąć coś na ten temat od mamy, to zbywała mnie, mówiąc że jej nie zna i nic o niej nie wie. - dziewczyna umyślnie udała, że nie dosłyszała drugiej części wypowiedzi wuja.
- Zabawne, bo zawsze, kiedy próbowałam wyciągnąć coś na ten temat od mamy, to zbywała mnie, mówiąc że jej nie zna i nic o niej nie wie. - dziewczyna umyślnie udała, że nie dosłyszała drugiej części wypowiedzi wuja.
- Eee... Ja tam nie wiem. Może miała jakiś powód? No, chyba ruszamy, bo nie widzę już samochodu Jeffa na podjeździe.
George przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zaryczał głośno i odpalił. Zadowolony z działania pojazdu mężczyzna włączył płytę Bee Gees i powoli wyjechał na ulicę. Natomiast Janice, kompletnie ignorując muzykę, usiłowała przezwyciężyć ogarniającą ją senność i wyciągnęła z torby książkę. Otworzyła ją na oślep, nie patrząc nawet na tytuł czy stronę i udawała skupienie nad jej treścią. W rzeczywistości gapiła się tylko na litery, które po pewnym czasie zaczęły się rozmywać się coraz bardziej, aż w końcu nie była już w stanie rozróżnić poszczególnych znaków. Mężczyzna zaś, widząc pozorne zainteresowanie tekstem dziewczyny, nie chciał jej przeszkadzać i nie próbował rozpoczynać rozmowy. Janice sama już nie wiedziała, co się z nią dzieje. Ten zapach lawendy, nucenie wujka i usypiające brzęczenie silnika... Podniosła wzrok znad bezużytecznej na chwilę obecną książki i popatrzyła na George'a. Nasunęło jej się pytanie: " Jakim cudem on i mama mogą być rodzeństwem? I to bliźniaczym?". Przyjrzała się dokładniej wujowi. "Tak, to w szpitalu musieli się pomylić." Mama jest delikatną, eteryczną blondynką niskiego wzrostu. George to wysoki, postawny brunet z długą brodą. Przypominał jej Hagrida. Kiedy go zobaczyła pewnego deszczowego wieczoru, była wręcz pewna, że to ten pół-olbrzym przyszedł jej powiedzieć, że jest czarownicą. Ale nie ma tak dobrze. Musiała męczyć się w tym, pokręconym jak projekt ustawy, domu ze swoją zwariowaną i nienormalną rodziną.
George przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zaryczał głośno i odpalił. Zadowolony z działania pojazdu mężczyzna włączył płytę Bee Gees i powoli wyjechał na ulicę. Natomiast Janice, kompletnie ignorując muzykę, usiłowała przezwyciężyć ogarniającą ją senność i wyciągnęła z torby książkę. Otworzyła ją na oślep, nie patrząc nawet na tytuł czy stronę i udawała skupienie nad jej treścią. W rzeczywistości gapiła się tylko na litery, które po pewnym czasie zaczęły się rozmywać się coraz bardziej, aż w końcu nie była już w stanie rozróżnić poszczególnych znaków. Mężczyzna zaś, widząc pozorne zainteresowanie tekstem dziewczyny, nie chciał jej przeszkadzać i nie próbował rozpoczynać rozmowy. Janice sama już nie wiedziała, co się z nią dzieje. Ten zapach lawendy, nucenie wujka i usypiające brzęczenie silnika... Podniosła wzrok znad bezużytecznej na chwilę obecną książki i popatrzyła na George'a. Nasunęło jej się pytanie: " Jakim cudem on i mama mogą być rodzeństwem? I to bliźniaczym?". Przyjrzała się dokładniej wujowi. "Tak, to w szpitalu musieli się pomylić." Mama jest delikatną, eteryczną blondynką niskiego wzrostu. George to wysoki, postawny brunet z długą brodą. Przypominał jej Hagrida. Kiedy go zobaczyła pewnego deszczowego wieczoru, była wręcz pewna, że to ten pół-olbrzym przyszedł jej powiedzieć, że jest czarownicą. Ale nie ma tak dobrze. Musiała męczyć się w tym, pokręconym jak projekt ustawy, domu ze swoją zwariowaną i nienormalną rodziną.
Przyjaciół nie miała, uważała zresztą, że ich nie potrzebuje. Niby chodziła ze swoją klasą już ósmy rok, ale wciąż z nikim się nie zadawała. Ba, większości imion tych ludzi nawet nie znała. Malcolm śmiał się z niej, bo przecież nikt nie chciałby się kolegować z wariatką w ekstrawaganckich ciuchach. Ona wtedy zawsze rzucała jakimś złośliwym komentarzem w stronę jego aktualnej dziewczyny i następował koniec dyskusji.
Co fakt, to fakt, ubierała się kolorowo i nietypowo, ale to był jej własny indywidualny styl i nie zamierzała go zmieniać dla tej bandy kretynów, zwanych potocznie "normalnymi ludźmi". Prowadziła też własnego bloga, który cieszył się dość dużym zainteresowaniem. Szkoda tylko, że nie widziała prawdziwych danych doceniających ją ludzi. Może znalazłby się wtedy ktoś, kto akceptowałby ją z całym ekwipunkiem: pokręconą rodziną, ekstrawaganckim ubiorem, paskudnym i trudnym charakterem oraz całą resztą.
Ale Janice jeszcze nie wiedziała, że już niedługo stan jej samotności miał ulec znacznej zmianie o wzroście 185 cm z blond włosami, czrnymi oczami i delikatnym, nieśmiałym uśmiechem.
Iiiiiii (werble proszę)... Koniec. Tyle. Sama nie ogarniam tej fabuły i nie wiem, czy jest sens próbować. Dziękuję wszystkim, którzy dotrwają do końca tej katorgi i proszę, żeby podzielili się ze mną opinią na jej temat. Dziękuję za uwagę i dobranoc.
Zwyczajna, spokojna i niezrównoważona psychicznie
be happy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)