„Taniec zbłąkanych
dusz”
Początek i koniec.
Koniec i początek.
W tym rytmie okrutnym
Błądzą po ścianach cienie
Niczyje.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
Próbują tę wędrówkę bez celu
Przerwać, lecz
Nie mogą.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
Spójrz w lustro.
Ty też jesteś cieniem
Niczyim.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
I nic z tym nie zrobisz,
Choć tak bardzo
Chciałbyś.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
I tylko jedno jest nieuchronne.
Ten rytm tak okrutny do tańca
Cieni.
I nadszedł koniec początku.
I początek końca.
A taniec nie ustał.
I wciąż trwa.
Aż nadejdzie kres zakończenia.
Koniec i początek.
W tym rytmie okrutnym
Błądzą po ścianach cienie
Niczyje.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
Próbują tę wędrówkę bez celu
Przerwać, lecz
Nie mogą.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
Spójrz w lustro.
Ty też jesteś cieniem
Niczyim.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
I nic z tym nie zrobisz,
Choć tak bardzo
Chciałbyś.
Początek i koniec.
Koniec i początek.
I tylko jedno jest nieuchronne.
Ten rytm tak okrutny do tańca
Cieni.
I nadszedł koniec początku.
I początek końca.
A taniec nie ustał.
I wciąż trwa.
Aż nadejdzie kres zakończenia.
„Kochanie”
Miłość.
Nieszczęśliwa.
Niełaskawa.
Zazdrosna.
Wyniosła.
Bezwstydna.
Niesprawiedliwa.
Niewierna.
Niewytrzymała.
Niecierpliwa.
Jakże bolesna.
A tak wyczekiwana…
Nieszczęśliwa.
Niełaskawa.
Zazdrosna.
Wyniosła.
Bezwstydna.
Niesprawiedliwa.
Niewierna.
Niewytrzymała.
Niecierpliwa.
Jakże bolesna.
A tak wyczekiwana…
„Słodki głos”
Ten głos.
On mnie budził rano.
Usypiał wieczorem.
Rozmawiał ze mną na jawie.
I we śnie.
Nie opuszczał mnie.
Był ze mną wszędzie.
Zawsze.
I nagle nie miał mnie kto obudzić.
Nikt mi nie śpiewał kołysanek.
Nie miałam komu się zwierzyć.
Zniknął.
Szukałam go.
Nie znalazłam.
Ale kiedy płakałam za nim już któryś raz z rzędu
Odezwał się cichutko jednym słowem:
- Dorosłaś.
On mnie budził rano.
Usypiał wieczorem.
Rozmawiał ze mną na jawie.
I we śnie.
Nie opuszczał mnie.
Był ze mną wszędzie.
Zawsze.
I nagle nie miał mnie kto obudzić.
Nikt mi nie śpiewał kołysanek.
Nie miałam komu się zwierzyć.
Zniknął.
Szukałam go.
Nie znalazłam.
Ale kiedy płakałam za nim już któryś raz z rzędu
Odezwał się cichutko jednym słowem:
- Dorosłaś.
„Nieróżana róża”
Róża.
Biała.
Taka bez kolców.
Ty mi ją dałeś
Nawet o tym nie wiedząc.
Szkoda.
Tylko poraniłam sobie palce
O te kolce, których nie było.
Biała.
Taka bez kolców.
Ty mi ją dałeś
Nawet o tym nie wiedząc.
Szkoda.
Tylko poraniłam sobie palce
O te kolce, których nie było.
I tyle. A teraz usiądźcie, weźcie leki na nerwicę i zagłębcie się w mój bezfabułowy tekst.
-Oliver, gdzie jesteś? Nie chowaj się. Dobrze wiesz, że dzisiaj też musisz tam iść! - matka chłopca była wściekła. Jeszcze chwila, a spóźni się do pracy. - Wyłaź z tej szafy, natychmiast!
- Ale mamo, dlaczego nie mogę iść z Mitchem? Przecież wiesz, że będę grzeczny! - rozpłakał się pięciolatek. - Ja nie lubię pani Marsonie. Ona mnie zmusza do jedzenia brukselki i jest cała różowa!
- Nic ci na to nie poradzę. Mitch chodzi na zarobek do pani Corsello. Przeszkadzałbyś mu tylko.
- Naprawdę muszę?
- Ollie...
- No dobrze, pójdę. A kupisz mi coś?
- Kupię, kupię. Ale chodźmy już, bo zaraz się spóźnię i wywalą mnie z pracy.
I powędrowali. Miranda Marsonie nie mieszkała daleko, tylko cztery domy dalej. Ilość kotów, przypadających na jeden metr kwadratowy tego budynku przerażała panią McGallen, ale nikt inny nie chciał zająć się małym Oliverem. Dziękowała w myślach Bogu, że jej syn nie był uczulony na kocią sierść, bo wtedy dopiero miałaby problem. Po chwili dotarli pod różowy domek pani Mirandy. Matka Olivera zapukała w również różowe drzwi. Po kilku jękach i sapaniu dochodzącym z wnętrza domu poznała, że zaraz zobaczy opiekunkę chłopca w całej jej różowej okazałości.
I powędrowali. Miranda Marsonie nie mieszkała daleko, tylko cztery domy dalej. Ilość kotów, przypadających na jeden metr kwadratowy tego budynku przerażała panią McGallen, ale nikt inny nie chciał zająć się małym Oliverem. Dziękowała w myślach Bogu, że jej syn nie był uczulony na kocią sierść, bo wtedy dopiero miałaby problem. Po chwili dotarli pod różowy domek pani Mirandy. Matka Olivera zapukała w również różowe drzwi. Po kilku jękach i sapaniu dochodzącym z wnętrza domu poznała, że zaraz zobaczy opiekunkę chłopca w całej jej różowej okazałości.
- Och, witajcie, witajcie. Nie spodziewałam się was tak wcześnie. Jane, jak ty dzisiaj ślicznie wyglądasz.
- Proszę pani, a będzie dzisiaj brukselka? - wciął się rezolutny malec.
- Proszę pani, a będzie dzisiaj brukselka? - wciął się rezolutny malec.
- Nie, skarbie. Kupiłam wczoraj trochę szpinaku i brokułów na rynku, więc coś z nich zrobię na obiad..
- O, tego to ja jeszcze nie jadłem! Chętnie spróbuję! - uśmiechnął się Oliver. - Mamo, pozdrów ode mnie Mitcha! - zawołał do wycofującej się po cichu matki.
- Pozdrowię. Do widzenia pani Marsonie i miłego dni.
- Chodź Ollie, obejrzymy bajkę. Wypożyczyłam wczoraj specjalnie dla ciebie jakąś bajkę. Nie wiem dokładni, co to, ale pan z wypożyczalni powiedział, że to świetna animacja - powiedziała Miranda do chłopca, prowadząc go do różowego salonu, sadzając go na różowej kanapie przed różowym stolikiem i szafką z czarnym telewizorem. Tak, pięciolatek był pewien, że znienawidził ten kolor. Nigdy nie pozwoliłby, żeby ktoś umeblował mu dom w taki sposób. Przytłaczał go ten róż i tak po prawdzie, o nawet się go trochę bał. Ów irracjonalny lęk nie był niczym poparty i Oliver nigdy by się do niego nie przyznał.
- Coś ty taki nieobecny? Ale nie martw się. Około czternastej ma do mnie przyjechać mój chrześniak, Brian, syn mojej siostry, Bree, która wyszła za Jeffa Crowley'a. on pochodzi z takiej bylejakiej rodziny. Wiesz, że jego matka, to była sprzątaczką bez wykształcenia, a ojciec, nierób jeden, na zasiłku siedział? No coś okropnego. My pochodzimy z takiej szlachetnej rodziny, inteligenckiej, no ja nie wiem, jak ona mogła...
Dalej już chłopiec nie słuchał. Po tylu wizytach u pani Marsoni wiedział, że trzeba jej się po prostu dać wygadać. Zresztą, on i tak nigdy nie rozumiał o co jej chodzi. Ignorując paplaninę swojej opiekunki, wrócił myślami do wczorajszego wieczora, który spędził na układaniu klocków z Mitchem.
Ach, Mitch. Jak on chciałby być taki jak on. Wysoki, szczupły, ciemnowłosy chłopak z niebieskimi oczami. Był bardzo inteligentnym nastolatkiem, ale nie miał zbyt wielu przyjaciół. Bliżej kolegował się tylko z dziwnym, mrocznym Gregiem z sąsiedniej ulicy. Oliver go nie lubił. Zawsze chodził ubrany na czarno, nawet w trzydziestostopniowy upał, nigdy nie przebywał u nich w domu dłużej niż pół godziny. Był jakiś taki inny. Zupełne przeciwieństwo Mitcha. Nie miał pojęcia, dlaczego się tak lubili.
Wczorajszy wieczór. Obaj chłopcy leżeli wspólnie na dywanie i budowali różnorakie wymyślne wieże, budynki, pojazdy. Oczywiście, to co wychodziło spod ręki Mitcha było kunsztowne i misterne. W końcu nie na darmo szkolił się w większości dziedzin artystycznych: śpiew, malarstwo, rysunek, grafika, rzeźba, gra na gitarze, fortepianie, trąbce, saksofonie, skrzypcach, perkusji i wiolonczeli. Był laureatem wielu konkursów we wszystkich z tych dziedzin, ale nigdy nikomu o tym nie mówił. Wiedziała tylko rodzina i Greg. Zawsze twierdził, że nie lubi szumu. Zresztą nieśmiałość była jadną z jego niewielu, za to bardzo widocznych wad. Innymi była nadmierna ciekawość i trudności w nawiązywaniu nowych znajomości. Do jego głównych zajęć w wakacje należała pomoc pani Corsello, ich sąsiadce, w domowych obowiązkach, oprócz gotowania, czego szczerze nienawidził. Nawet wodę w czajniku potrafił przypalić.
- Ollie! Olliver, słyszysz mnie? Co się z tym dzieckiem wyprawia? Halo! Ziemia do Olliego! - zdziwiona brakiem reakcji chłopca na film Miranda, zaczęła machać małemu ręką przed oczami i potrząsała go za ramię.
- Ollie! Olliver, słyszysz mnie? Co się z tym dzieckiem wyprawia? Halo! Ziemia do Olliego! - zdziwiona brakiem reakcji chłopca na film Miranda, zaczęła machać małemu ręką przed oczami i potrząsała go za ramię.
- Yyy... Co się dzieje? Czemu pani tak strasznie krzyczy? Chyba się trochę zamyśliłem. Przepraszam.
- Ależ chłopcze, nic się nie stało. Tylko trochę się wystraszyłam, bo nie miałam z tobą żadnego kontaktu. Chcesz oglądać film, czy wolisz porobić coś innego?
- Psze pani, a poukładałaby pani ze mną klocki?
- Oj, kochanie, bardzo bym chciała, ale obiad się sam nie ugotuje.
- To ja może dokończę tą bajkę.
- Zgoda. Jakbyś czegoś potrzebował, to ja będę w kuchni.
Pani Marsonie poszła przygotowywać cały zestaw dań ze szpinaku i brokułów, a Oliver zagłębił się w fabule filmu. Zapomniał zupełnie o swoim przyszłym towarzyszu broni, Brianie Crowley'u.
Ta dam. Koniec. Póki co, mam jeszcze fragment trzeciego rozdziału, ale nie wiem co mam o tym myśleć. A, no i gratulacje dla tego, kto dobrnął aż tutaj. Musiał już naprawdę nie mieć pomysłu na życie, ale ja nie wnikam. Także tego. Ja już uciekam. Mapa Europy i skróty klawiszowe same mi do głowy nie wejdą.
Zadowolona z życia i z siebie
be happy!
Chyba pani Marsonie mi kogoś przypomina... XD ten różowy wystrój i koty :p jaki tam sukces dla mnie, że to przeczytałam? To twój sukces, że wymyślasz takie rzeczy i sprawiasz, że się bezgranicznie zaczytuję w tej jakże ciekawej lekturze :) mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję oderwać się od rzeczywistości dzięki twoim króciutkim ale jak bardzo genialnym opowiadaniom :3 pozdrawiam :*
OdpowiedzUsuńP.S. wiersze są super. Czekam na następne :)
UsuńPff... Dziękuję :) Ale na kolejne części musisz czekać, aż będę miała PP :D
Usuń